
— Słuchaj — powiedział z ożywieniem. — Zupełnie zapomniałem. Weingarten, kiedy wczoraj dzwonił, pytał, czy nie znam Sniegowoja.
— Tak?
— Tak. Powiedziałem, że znam.
— A on?
— A on powiedział, że nie zna… Nie o to chodzi. Co to jest, twoim zdaniem — zbieg okoliczności? No bo co jeszcze? Dziwny jakiś zbieg okoliczności…
Wieczerowski milczał czas jakiś, pykając fajkę, a potem znowu zaczął. Co to za historia z działem zamówień? Szczegółowo… Jak wyglądał ten facet? Co mówił? Co przyniósł? Co jeszcze zostało z tego, co przyniósł? Tym posępnym przesłuchaniem wpędził Malanowa w nieprzeniknioną melancholię, ponieważ Malanow nie rozumiał, po co to wszystko i jaki związek może mieć z jego nieszczęściami. Potem Wieczerowski wreszcie umilkł i zabrał się do dłubania w fajce. Malanow początkowo czekał, a potem zaczął wyobrażać sobie, jak przychodzi po niego czterech, wszyscy co do jednego są w czarnych okularach, łażą po mieszkaniu, zdzierają tapety, dopytują się, czy łączyły go bliższe stosunki z Lidką, nie wierzą mu, a potem wyprowadzają…
Zacisnął palce, aż zachrzęściły, i rozpaczliwie wymamrotał:
— Co będzie? Co będzie?
Wieczerowski natychmiast udzielił odpowiedzi:
— Kto wie, co nas czeka? — powiedział. — Kto wie, co się zdarzy? Kto z nas się upodli? Kto siłę okaże? Śmierć przyjdzie, osądzi i na śmierć nas skaże. Nie, lepiej nie wiedzieć, co przyszłość przyniesie nam w darze…
Malanow zrozumiał, że to są wiersze, tylko dlatego, że Wieczerowski zakończył występ głuchym sapaniem, które oznaczało u niego radosny śmiech. Prawdopodobnie tak właśnie sapali Marsjanie Wellsa, opici ludzką krwią, i Wieczerowski tak sapał, kiedy podobały mu się wiersze osobiście deklamowane. Można było pomyśleć, że satysfakcja, którą sprawia mu dobra poezja, jest czysto fizjologiczna.
