
— Wracam do domu, Filip — powiedział Malanow.
— Oczywiście… Jutro mam egzamin, a dzisiaj cały dzień siedzę w domu. Dzwoń albo wpadaj…
— Dobrze — powiedział Malanow.
Po schodach schodził powoli, nie było się do czego śpieszyć. Zaraz zaparzę sobie mocnej herbaty, usiądę w kuchni, Kalam wskoczy mi na kolana, będę go głaskać, popijać herbatę i wreszcie spróbuję spokojnie i trzeźwo rozważyć to wszystko… Szkoda, że nie mamy telewizora, posiedziałbym wieczorem przed ogłupiaczem, obejrzałbym sobie coś, co nie wymaga żadnego umysłowego wysiłku… jakąś komedię albo mecz piłki nożnej… Postawię sobie pasjansa, dawno jakoś nie stawiałem pasjansów…
Wszedł na swoje piętro, poszukał w kieszeni klucza, skręcił i przystanął. Tak. Serce spadło mu gdzieś do żołądka i zaczęło tam miarowo i powoli stukać niczym młot parowy. Ta-ak. Drzwi od mieszkania były uchylone.
Na palcach podkradł się bliżej i zaczął nadsłuchiwać. W mieszkaniu ktoś był. Szemrał nieznajomy męski głos i coś odpowiadał nieznajomy dziecinny głos…
ROZDZIAŁ 5
10…siedział w kucki nieznajomy mężczyzna i zbierał szkło z rozbitego kieliszka. Oprócz tego w kuchni był jeszcze chłopczyk, mniej więcej pięcioletni. Siedział przy stole na taborecie, dłonie podsunął pod siebie, machał nogami i patrzył, jak mężczyzna zbiera z podłogi resztki kieliszka.
— Słuchaj, stary! — wrzasnął ze wzburzeniem Weingarten na widok Malanowa. — Gdzie ty się podziewasz?
Jego ogromne policzki płonęły fioletowym rumieńcem, czarne jak oliwki oczy błyszczały, twarde smoliste włosy stały na sztorc. Było jasne, że już nieźle się zdążył zaprawić. Na stole widniała na wpół opróżniona butelka stołecznej eksportowej oraz różne tam luksusy z działu zamówień.
— Uspokój się i nie drzyj — mówił dalej Weingarten. — Kawior jest nie tknięty. Czekaliśmy na ciebie.
