
Mężczyzna, który sprzątał szkło, wstał. Był rosły, przystojniak z norweską bródką i ledwie zaznaczonym brzuszkiem. Uśmiechał się z zakłopotaniem.
— Tak-tak-tak! — powiedziałem, wchodząc do kuchni i czując, jak serce wynurza mi się z żołądka i wraca na swoje miejsce. -Mój dom jest moją twierdzą — czyż nie tak?
— Wzięta szturmem, stary, wzięta szturmem! — wrzasnął Weingarten. — Słuchaj, skąd masz taką wódkę? I takie żarcie?
Malanow wyciągnął dłoń do przystojniaka, tamten również podał mu rękę, ale w dłoni miał zaciśnięte kawałki szkła. Powstała drobna niezręczność.
— Narozrabialiśmy trochę bez pana… — powiedział gość stropiony. -To moja wina…
— Nie szkodzi, nie szkodzi, proszę, tu jest wiadro…
— Jesteś tchórz — nagle wyraźnie powiedział chłopiec.
Malanow wzdrygnął się i, zdaje się, inni zrobili to samo.
— No, no, spokój… — powiedział przystojniak i jakoś niezdecydowanie pogroził chłopcu palcem.
— Dziecię! — powiedział Weingarten. — Dostałeś czekoladę? Siedź i jedz. Nie wtrącaj się.
— Jak to — tchórz? — zapytał Malanow siadając. — Dlaczego mnie obrażasz?
— A ja cię nie obrażam — oznajmił chłopczyk, patrząc na mnie badawczo, jak na jakieś niespotykane zwierzę. — Ja cię zdefiniowałem…
Tymczasem przystojniak pozbył się wreszcie stłuczonego kieliszka, wytarł dłoń chustką do nosa i wyciągnął do mnie rękę.
— Zachar — przedstawił się.
Wymienili ceremonialny uścisk ręki.
— Do roboty, do roboty! — zapobiegliwie poganiał Weingarten, zacierając ręce. — Daj no jeszcze dwa kieliszki…
— Słuchajcie, moi drodzy — powiedział Malanow. — Ja nie będę pić wódki.
— Pij wino — zgodził się Weingarten. — Masz tam jeszcze dwie butelki białego…
— Nie, wolę koniak. Zachar, niech pan wyjmie z lodówki kawior i masło… i w ogóle wszystko, co tam jest. Głodny jestem.
