
Malanow poszedł do barku, wyjął koniak i kieliszki, pokazał język fotelowi, w którym rano siedział młody człowiek z prokuratury, i wrócił do stołu. Stół uginał się od obfitości jedzenia. Nażrę się i upiję, pomyślał Malanow z wesołą złością. Fajnie, że chłopcy przyjechali.
Ale wszystko wyszło nie tak, jak myślał. Zaledwie wypili i Malanow z rozkosznym pomrukiem zabrał się do gigantycznej kanapki z kawiorem, kiedy Weingarten absolutnie trzeźwym głosem powiedział:
— A teraz, stary, opowiedz nam, co się tu działo.
Malanow zakrztusił się.
— Skąd ci to przyszło do głowy?
— A więc tak — powiedział Weingarten i przestał lśnić jak wysmarowany masłem. — Jest tu nas trzech i każdemu coś się przydarzyło. Możesz się nie krępować. Co ci powiedział ten rudy?
— Wieczerowski?
— Ależ skąd, dlaczego Wieczerowski? Przyszedł do ciebie nieduży, ogniście rudy człowieczek w takim przyciasnym czarnym garniturze… Co ci powiedział?
Malanow odgryzł z kanapki tyle, ile się dało, i zaczął żuć nie czując smaku. Wszyscy trzej patrzyli na niego. Zachar patrzył zmieszany, z nieśmiałym uśmiechem, co chwila spuszczając wzrok. Weingarten wściekle wytrzeszczał oczy, gotów wrzasnąć. A chłopczyk, trzymając w ręku oślinioną tabliczkę czekolady, pochylił się w stronę Malanowa, jakby mu chciał skoczyć do gardła.
— Słuchajcie — powiedział wreszcie Malanow. — Jaki znowu rudy? Żaden rudy do mnie nie przychodził. Wszystko było znacznie gorzej.
— No to opowiadaj — niecierpliwie zażądał Weingarten,
— A właściwie dlaczego mam opowiadać? — oburzył się Malanow. — Nie robię z tego żadnej tajemnicy, ale czego się mądrzysz? Sam opowiadaj! Ciekawe, skąd właściwie wiesz, że w ogóle coś się stało?
— No więc opowiedz, a potem ja będę opowiadał — powiedział z uporem Weingarten. — I Zachar też opowie.
— No to opowiadajcie obaj — zaproponował Malanow, nerwowo smarując sobie nową kanapkę. — Ja jestem jeden, a was dwóch.
