
— TY opowiadaj — rozkazał nagle chłopczyk wskazując palcem Malanowa.
— Cicho, cicho… — wyszeptał Zachar zmieszany do ostatecznych granic.
Weingarten zaśmiał się niewesoło.
— To pana syn? — zapytał Malanow Zachara.
— Chyba mój… — dziwacznie odpowiedział Zachar, uciekając spojrzeniem.
— Jego, jego — powiedział niecierpliwie Weingarten. — Nawiasem mówiąc, to jest część jego opowieści. No, Dimka, zaczynaj, nie dziwacz…
Zupełnie zbili Malanowa z pantałyku. Odłożył kanapkę i zaczął opowiadać. Od samego początku, od telefonów. Kiedy tę samą historię opowiadasz po raz drugi w ciągu mniej więcej dwóch godzin, mimo woli zaczynasz w niej widzieć zabawne momenty. Malanow nawet sam nie zauważył, jak się rozkręcił. Weingarten co chwila rechotał, pokazując potężne żółte kły, a Malanow uznał rozśmieszenie pięknego Zachara nieomal za swój życiowy cel — ale jednak tego celu nie zrealizował — Zachar tylko uśmiechał się żałosnym, speszonym uśmiechem. A kiedy doszło do samobójstwa Sniegowoja, nikomu już nie było do śmiechu.
— Kłamiesz! — ochryple wyrzucił z siebie Weingarten.
Malanow wzruszył ramionami.
— Za ile kupiłem… — powiedział. — A drzwi jego mieszkania są opieczętowane, możesz iść i zobaczyć…
Czas jakiś Weingarten milczał, bębniąc po stole grubymi palcami i podrygując policzkami do taktu, a potem nagle wstał bardzo hałaśliwie, nie patrząc na nikogo przecisnął się między Zacharem a jego synem i ciężko wymaszerował z kuchni. Było słychać, jak szczęknął zamek, i zapachniało kapustą.
— Oho-ho-ho… — smętnie wypowiedział się Zachar. Chłopczyk natychmiast wyciągnął do niego oślinioną czekoladę i zażądał:
— Ugryź!
Zachar pokornie odgryzł kawałek i zjadł. Trzasnęły drzwi. Weingarten, nadal nie patrząc na nikogo, przecisnął się na swoje miejsce, nalał sobie do kieliszka wódki i mruknął ochryple:
