
— Mów dalej…
— Co — dalej? Potem poszedłem do Wieczerowskiego. Te gnojki poszły sobie i ja poszedłem… Dopiero teraz wróciłem.
— A rudy? — zapytał niecierpliwie Weingarten.
— Przecież ci powtarzam, ośla głowo! Nie było żadnych rudych! Weingarten i Zachar wymienili spojrzenia.
— No, powiedzmy — powiedział Weingarten. — A ta twoja… Lidka czy jak jej tam… Nie robiła ci żadnych propozycji?
— Nno… jak by ci tu powiedzieć… — Malanow uśmiechnął się głupawo. — Przypuszczam, że gdybym naprawdę chciał…
— Tfu, co za bałwan! Nie o to chodzi! Zresztą, niech ci będzie. A śledczy?
— Wiesz co, Walka — powiedział Malanow — opowiedziałem ci wszystko, co i jak. Idź do diabła! Jak Boga kocham, trzecie przesłuchanie w ciągu jednego dnia…
— Walka — niepewnie wtrącił się Zachar — a może to rzeczywiście coś innego?
— Nie żartuj, stary! — Weingarten aż się skurczył. — Jak to — coś innego? Ma robotę i pracować mu nie dają… Jak to — coś innego? A poza tym przecież wymienili jego nazwisko!
— Kto wymienił? — zapytał Malanow, przeczuwając nowe nieprzyjemności.
— Ja chcę siusiu — jasnym głosem oznajmił chłopczyk.
Wszyscy wytrzeszczyli oczy. A chłopczyk obejrzał każdego po kolei, zszedł z taboretu i powiedział do Zachara:
— Chodźmy.
Zachar uśmiechnął się wstydliwie, powiedział: „No to chodźmy…” i obydwaj znikli w ubikacji. Było słychać, jak próbują spędzić z sedesu Kalama.
— No więc, kto wymienił moje nazwisko? — zapytał Malanow Weingartena. — Co to za nowa historia?
Weingarten pochylił głowę i słuchał odgłosów dochodzących z ubikacji.
— Ależ ten Gubar wsiąkł! — powiedział z jakimś posępnym zadowoleniem. — Ależ wsiąkł!
Mózg Malanowa stał się lepkim grzęzawiskiem.
— Gubar?
— No tak. Zachar. Wiesz, dopóty dzban wodę nosi…
Malanow przypomniał sobie.
