I przy tym wszystkim znał się na swojej robocie. W swoim instytucie już dawno był samodzielnym pracownikiem naukowym, członkiem dwudziestu najróżniejszych komisji, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych, bez przerwy latał za granicę na jakieś kongresy i w ogóle lada moment miał zrobić doktorat. Spośród wszystkich swoich przyjaciół najbardziej szanował Wieczerowskiego, ponieważ Wieczerowski był laureatem, a Walka nieprzytomnie pragnął nim zostać. Chyba ze sto razy opowiadał Malanowowi, jak sobie przypnie znaczek laureata i tak udekorowany pójdzie na randkę. I zawsze był gadułą. Opowiadał znakomicie, najzwyklejsze codzienne wydarzenia brzmiały niczym dramaty a la Graham Greene. Albo powiedzmy Le Carre. Ale łgał, jakkolwiek by to było dziwne, bardzo rzadko i bywał straszliwie zmieszany, kiedy w tych rzadkich momentach ktoś go demaskował. Irka go nie lubiła, nie wiadomo dlaczego, kryła się za tym jakaś tajemnica. Malanow podejrzewał, że dawno temu, jeszcze przed urodzeniem Bobka, Weingarten próbował poderwać Irkę, no i coś tam nie wyszło. W ogóle, co się tyczy podrywania, to Walka był prawdziwym mistrzem, nie jakimś prymitywnie obleśnym, tylko wesołym, energicznym, gotowym zarówno do zwycięstwa, jak i do porażki. Każda randka była dla niego przygodą, niezależnie od tego, czym się kończyła. Swietłana, kobieta wyjątkowo piękna, ale skłonna do melancholii, dawno machnęła na niego ręką, tym bardziej że Weingarten nie widział świata poza żoną i wiecznie wszczynał z jej powodu bójki w miejscach publicznych. W ogóle lubił awantury i chodzenie z nim na przykład do restauracji było prawdziwym skaraniem boskim… Słowem, żył sobie wesoło, szczęśliwie, gładko, bez szczególnych wstrząsów.



50 из 128