
— Poczekajcie, poczekajcie — mamrotał gorączkowo, a nogi już go niosły przez korytarz, po chłodnym przywierającym do stóp linoleum, w gęsty żółty upał, do biurka, do wiecznego pióra… Do diabła, gdzie ono się podziało? Skończył się atrament. Gdzieś tu leżał ołówek… A jednocześnie na drugim, a właściwie na pierwszym, najważniejszym planie: funkcja Hartwiga… z prawej strony nie zostaje nic… Kawerny, okazuje się, są symetryczne względem osi… A całka wcale się nie zeruje! To znaczy do takiego stopnia nie jest zerem ta moja całka, że otrzymujemy wielkość w istotny sposób dodatnią… Niebywałe! Jak mogłem tego od razu nie zauważyć? Nie martw się, Malanow, nie ty jeden nie zauważyłeś. Członek Akademii też nie zauważył… W żółtej, lekko zakrzywionej przestrzeni powoli obracały się, jak gigantyczne bąble, kawerny symetryczne względem osi, materia opływała je, próbowała przeniknąć w głąb, nie mogła, na granicy osiągała prawie niewyobrażalną gęstość i kawerny zaczynały świecić… Jeden Bóg wie, co się tam wyprawiało… Nie szkodzi, to się wyjaśni później… Wyjaśnimy zagadkę włóknistej struktury — to po pierwsze. Łuki Rogozińskiego — to po drugie! A potem mgławice planetarne. Co to było według waszej teorii, aniołeczki moje? Rozszerzające się, zrzucone powłoki? Macie swoje powłoki! Wszystko dokładnie na odwrót!
Znowu zabrzęczał przeklęty telefon. Malanow zaryczał z wściekłości nie przestając pisać. Wyłączyć go do wszystkich diabłów. Z boku powinna być taka dźwigienka… Rzucił się na tapczan i zerwał słuchawkę.
— Słucham!
— Dimka?
— Tak… Kto mówi?
— Nie poznajesz, draniu? — to był Weingarten.
— A to ty, Walka… Czego chcesz?
Weingarten chwilę milczał.
— Dlaczego nie odbierasz telefonów? — zapytał.
— Pracuję — odpowiedział Malanow wściekle. Był bardzo niemiły. Chciał natychmiast wrócić do biurka i zobaczyć, co będzie dalej z tymi kawernami.
