
— Zdaje się, że tak.
— Więc zdziwi ich, jeżeli ni stąd, ni zowąd Atena stanie się nieśmiertelna, a pan na pozór w ogóle się nie zmieni. Przecież pan wie, jak trudno jest kobiecie ukryć fakt, że wzięła zastrzyk.
Carewe pokiwał głową, przypominając sobie, że to kobiety są prawdziwie nieśmiertelnymi tworami natury, bo tylko one mogą przyjmować związki biostatyczne nie niszcząc przy tym swojego układu rozrodczego. Działanie uboczne tego leku polegało na tym, że idealnie regulował on wytwarzanie estradiolu, tworzył aurę wyzywająco kwitnącego zdrowia, optymalne samopoczucie fizyczne, o jakim niegdyś kobiety mogły tylko marzyć. Carewe wyobraził sobie Atenę w tym stanie boskiej doskonałości, zachowanej na zawsze, i przeklął się w duchu za to, że zwlekał.
— Widzę, że nie nadążam za biegiem pańskich myśli, panie prezesie. Pewnie zechce pan omówić to z moją żoną?
— Stanowczo nie. Nie miałem jak dotąd przyjemności poznać pańskiej żony i choć z jej psychoteki wynika, że jest osobą dyskretną, lepiej, żebyśmy na razie pozostali sobie obcy. Wasze domowe życie musi się toczyć zwykłym trybem, bez żadnych zmian. Rozumie pan?
— Mam jej sam to wszystko wyjaśnić?
— Właśnie. Panu zostawiam uzmysłowienie jej, jak ważne jest dochowanie tajemnicy — powiedział Barenboim i spojrzał na Pleetha. — Myślę, że możemy na tyle zaufać naszemu Willy’emu, prawda, Manny?
— Tak sądzę.
Pleeth skinął głową i podskoczył sprężyście na krześle. Zaczerwienione białka oczu lśniły mu w świetle poranka, a złote cygaro na piersiach błyszczało.
Barenboim mlasnął językiem z aprobatą.
— No, to załatwione. Życzylibyśmy sobie tylko, żeby zaraz po zastrzyku poddał się pan kilkudniowym badaniom kontrolnym na Przełęczy Randala, ale z łatwością znajdziemy jakiś pretekst wymagający wizyty rewidenta ksiąg w laboratorium biopoezy. Tajemnica zostanie zachowana.
