
— Bzdura! Walton pracuje u mnie od ponad osiemdziesięciu lat i zapewniam cię, że nie może się doczekać, kiedy znów znajdzie się u dołu drabiny i zacznie się piąć w górę szczebel za szczeblem. Dokonał tego już trzy razy i nic nie sprawia mu większej przyjemności!
— Naprawdę?
Carewe odsunął od siebie myśl, że w ramach systemu rotacyjnego on również będzie w końcu zmuszony do zrezygnowania z kierowniczego stanowiska. Czuł, jak złote stulecia rozścielają się przed nim niby miękki, nie kończący się kobierzec.
Wiedząc, że jego odwiedziny w gabinecie prezesa nie ujdą uwagi większości pracowników, Carewe oparł się pokusie, żeby wyjść wcześniej z biura i podzielić się nowinami z Ateną. Godziny pracy bez zmian, powiedział sobie w duchu, i siedział przykuty do biurka, poddając się swobodnemu biegowi myśli, które chwilami przyprawiały go o zawrót głowy. Zrobiło się późne popołudnie, kiedy przypomniał sobie, że obiecał Atenie przyjechać punktualnie o piątej i pomóc jej w przygotowaniach do skromnego przyjęcia, które dziś wydawała. Spojrzał na tarczę wytatuowaną na przegubie ręki, której skóra zmieniała układ cząsteczek pigmentu w zależności od transmitowanych sygnałów czasu wzorcowego, i zorientował się, że na podróż do domu zostało mu niespełna pół godziny.
Kiedy wychodził z biura, siedząca przy biurku z komputerem administracyjnym Marianna Tonę uniosła głowę i spojrzała na niego.
— Wychodzisz wcześniej, Willy? — spytała.
— Troszeczkę. Wydajemy dziś przyjęcie i muszę zgłosić swój akces.
— Przyjdź do mnie, to urządzimy sobie prawdziwy bal — zaproponowała Marianna z uśmiechem, lecz poważnie. — Będziemy tylko ty i ja.
Była wysoką, tęgawą brunetką o zmysłowej, rozłożystej w biodrach figurze i rozczarowanym spojrzeniu. Wyglądała na jakieś dwadzieścia pięć lat.
— Tylko ty i ja? — powtórzył Carewe, uchylając się od odpowiedzi. — Nie wiedziałem, że w głębi ducha jesteś tak konwencjonalna.
