
– Wolałyśmy zostać tutaj. Wychowałam się na wsi i chcę, żeby córka też się tu wychowała.
– A co z jej ojcem? Odniosła wrażenie, że usłyszała nagły ryk wiatru, jakby w środku lata zerwała się zimowa zawierucha. Poczuła dokuczliwy, pulsujący ból w skroniach.
– Ojciec Caitlyn zniknął z naszego życia – odrzekła i w duchu zwymyślała się za tchórzostwo.
Szybko chwyciła zgrzebło i zaczęła czyścić Jokera.
– Pewnie jest ci trudno. Jeszcze jak, pomyślała.
– Jakoś dajemy sobie radę – powiedziała głośno.
Skupiła się na czyszczeniu konia, a wywołany zdenerwowaniem pot ściekał jej strużkami po plecach. Powiedz mu, powiedz mu teraz, nakazywała sobie w myślach. Już nigdy nie trafi ci się taka dobra okazja. Na litość boską, on zasługuje na to, by wiedzieć, że ma dziecko!
– Chciałem tylko powiedzieć, że…
– Nie przejmuj się – wpadła mu w słowo i zaczęła czyścić drugi bok konia. Pracowała gorączkowo, chaotyczne myśli przebiegały jej przez głowę, w ustach jej zaschło.
– Uważaj, bo zetrzesz mu wszystkie łaty z grzbietu – zażartował Kyle.
Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, ile energii wkłada w szczotkowanie. Nawet sam Joker, zwykle w takiej sytuacji całkowicie pochłonięty jedzeniem, odwrócił się i spojrzał na nią zdziwiony.
– Przepraszam – wymamrotała i wrzuciła zgrzebło do kubła. Pojawienie się Kyle'a zdenerwowało ją, a brak ojca Caitlyn był zawsze drażliwym tematem. W rozgrzanej, mrocznej stajni, w obecności Kyle'a, z którym zaszła w ciążę i który potem ją porzucił, czuła się jak schwytana w pułapkę. Starała się nie zwracać na niego uwagi, chociaż siedział obok na barierce i uważnie na nią patrzył. Jego oczy jakby kryły w sobie jakąś niewypowiedzianą obietnicę. Nie, na pewno się myli. To, co było, minęło, wyschło niczym miejscowy strumień podczas dziesięcioletniej suszy.
– Sam… – Kyle lekko dotknął jej ramienia.
