
– Dzięki.
– To nie jest takie złe miejsce, wiesz?
– Nigdy tak nie twierdziłem.
– Ale nie ucieszyło cię zbytnio, że musisz tu zamieszkać. Kyle spojrzał przez okno na kępę osik nad brzegiem strumienia.
– Nie lubię, kiedy ktoś mi mówi, co mam robić. Nawet jeśli jest to Kate.
– Nie będzie tak źle. Może nawet ci się tu spodoba? Może dowiesz się wreszcie, przed czym tak uciekasz, lub za czym gonisz. Nigdy nie wiadomo.
– Właśnie. Nigdy nie wiadomo. – Kyle poczuł, że budzi się w nim złość. Grant nigdy nie przebierał w słowach i teraz znowu dał mu do zrozumienia, że nie pochwala chaotycznego, pozbawionego celu życia Kyle'a w Minneapolis.
– Może powinieneś trochę zwolnić.
– Może – wycedził Kyle i zacisnął zęby. Nie miał ochoty na kazanie. Wiedział, że zmarnował kilka lat życia, zajmując się przypadkowymi interesami, czasem zarabiając jakieś pieniądze, częściej je tracąc. Ożenił się z niewłaściwą kobietą. Ostatnią klęską było to, że musiał odejść z rodzinnej firmy. Nie chciał, by mu przypominano o tej porażce. Nie potrafił też wyjaśnić, dlaczego od wczesnej młodości dręczył go jakiś niepokój i nie pozwalał nigdzie zagrzać miejsca na dłużej. Podejrzewał, że pół roku w Clear Springs, w pobliżu Samanthy, to o wiele za długo jak na jego wytrzymałość.
– Wpadnę do ciebie za kilka dni, żeby się upewnić, czy dobrze traktujesz Jokera.
– Już prędzej on mnie wykończy.
– Albo Samantha. – No właśnie. – Uprzedzam cię, że ona lubi rządzić.
– Zdążyłem to zauważyć.
– Pamiętaj tylko, że chociaż potrafi zajść za skórę, to o prowadzeniu rancza wie o wiele więcej niż ty.
– Zapamiętam.
– Bardzo dobrze. Do zobaczenia.
Kyle odłożył słuchawkę, spojrzał ponuro na rozłożone księgi i zamknął je z hukiem. Samantha. Przez wiele lat wcale o niej nie myślał, ale odkąd przyjechał do Wyoming, jej obraz nie opuszczał go ani na chwilę.
