
Otworzył okno i wpuścił do środka powiew wieczornego wiatru. Spojrzał na rozległe połacie ziemi – jego ziemi. To znaczy, te pola staną się jego własnością za pół roku, jeśli uda mu się wytrwać tutaj tak długo. Opuszczał Minneapolis bez żalu; jego życie w tym mieście stanęło w martwym punkcie. Nie zapuścił tam korzeni, nie odnalazł siebie, żadnej pracy nie potrafił utrzymać. Miał niespokojną naturę i może właśnie dlatego ze wszystkich swoich wnuków Kate wybrała właśnie jego na spadkobiercę rancza. Pewnie w ten sposób chciała go zmusić do uporządkowania życia.
Dobrze pamiętał pogrzeb, zamkniętą trumnę pokrytą wiązankami kwiatów, kościół pełen pogrążonych w żałobie ludzi, członków rodziny w czerni, powstrzymujących płacz. Potem oszołomieni, z trudnością wydobywając z siebie głos, zasiedli przy wielkim stole w biurze Sterlinga Fostera, adwokata Kate. Prawnik złożył dłonie na testamencie i przesunął wzrokiem po zgromadzonych.
– Kate Fortune była niezwykłą kobietą, matką pięciorga dzieci, chociaż wychowała tylko czworo – zaczął, spoglądając na nich. – Doczekała się dwanaściorga wnuków. Była też prababką. – Uśmiechnął się smutno. – Owdowiała dziesięć lat temu, ale nadal była siłą napędową Fortune Cosmetics. Przeżyła śmierć męża, Bena, a także stratę dziecka. Wszyscy o tym wiecie. Po pierwsze, nakazała mi dać każdemu z was wisiorki amulety, które nabywała w dniach waszych urodzin. Zdjąłem je z rzeźby w sali konferencyjnej, na której były zawieszone.
Przesuwał srebrną tacę z białymi kopertami wokół stołu. Kiedy przyszła jego kolej, Kyle wziął swoją kopertę. Och, Kate, pomyślał ze smutkiem i wyjął srebrny wisiorek. Sterling odchrząknął i podniósł ze stołu zadrukowane kartki papieru.
