
– Zaczekaj, ty obrzydliwy, podły… – zaczęła Sam, ale koń, wzbijając obłoki kurzu, już odbiegł w najdalszą część zagrody i stanął w cieniu samotnej sosny. – Wspaniale! Po prostu wspaniale! Widzisz, do czego doprowadziłeś? – Podeszła do ogrodzenia, zsunęła gumkę z włosów i włożyła ją do kieszeni wytartych dżinsów. – Serdeczne dzięki!
– To nie moja wina, że straciłaś kontrolę nad koniem. – A więc język miała równie ostry jak dawniej. Niczego innego się nie spodziewał.
– Pewnie, że twoja. – Zmrużyła oczy dla ochrony przed słońcem i zmierzyła go uważnym spojrzeniem. – A więc marnotrawny wnuk powrócił. Co się stało? Przegrałeś w pokera swoje ferrari? Zabłądziłeś w drodze do Monte Carlo?
– Coś w tym rodzaju.
Oparła się o górną żerdź ogrodzenia i dmuchnięciem odrzuciła grzywkę z czoła.
– Wiesz, Kyle, nie spodziewałam się, że cię jeszcze kiedykolwiek zobaczę. – Na jej policzkach pokazały się rumieńce, pot kapał z czubka nosa.
– Widzę, że nic nie słyszałaś.
– O czym?
Poczuł lekkie zadowolenie z faktu, że to on pierwszy przekaże jej nowinę.
– Pewnie w to nie uwierzysz, ale to ja jestem nowym właścicielem tego rancza.
– Ty? – Patrzyła mu prosto w oczy, jakby chciała w nich dostrzec jakiś znak, który by świadczył o tym, że Kyle kłamie, nagina prawdę na swoją korzyść. – Ty jesteś właścicielem tego rancza? Tylko ty? I nikt inny? – Czyżby w jej spokojnym głosie usłyszał krytyczny ton?
– Tylko i wyłącznie ja.
– Ale…
– Nie wiedziałaś o tym?
Sam wyraźnie pobladła, a kilka piegów u nasady jej nosa stało się bardziej widocznych.
– No, wiedziałam, że kiedyś któreś z dzieci lub wnuków Kate odziedziczy całe… – Jej wzrok pobiegł ku rozległym połaciom pastwisk, wysuszonych i pożółkłych w środku lata. Przy ogrodzeniu rosły kępy bylicy, a wzdłuż starej stodoły toczyła się leniwie kula zeschniętej trawy. Sam z trudem przełknęła ślinę i znów spojrzała na Kyle'a. – To znaczy, spodziewałam się, że ktoś odziedziczy ranczo, ale przez myśl mi nie przeszło… Na miłość boską, dlaczego właśnie ty?
