
– Nie mam pojęcia.
– Przecież nawykłeś do życia w mieście, prawda? – Zaczepnie uniosła głowę. – Nie pokazywałeś się tu przez całe lata.
– Mniej więcej przez dziesięć lat – zgodził się. Spostrzegł, że uciekła spojrzeniem gdzieś w bok, jakby ona również nie chciała myśleć o ich ostatnim wspólnym lecie. Wydawało się, że to wszystko wydarzyło się całe wieki temu, chociaż jemu nadal na jej widok serce biło mocniej. Będzie musiał nad tym zapanować.
– Właściwie po co tu przyjechałeś? Będziesz tu mieszkał?
– zapytała, z powątpiewaniem marszcząc czoło.
– Przez jakiś czas. Testament babki zawiera pewien warunek.
– Warunek? Jaki?
– Odziedziczę ranczo i wszystko, co się na nim znajduje – no, prawie wszystko – pod warunkiem, że będę tu mieszkać przez całe pół roku.
Pół roku! Kyle będzie jej sąsiadem przez następne pół roku! Kolana się pod nią ugięły.
– Ale chyba nie zamierzasz naprawdę tu zamieszkać? – zapytała w panice.
– Nie mam wyboru. Kiedyś żyła nadzieją, że znów go zobaczy, planowała sobie w myślach ten dzień, wyobrażała sobie, jak wszystko mu wygarnie, powie mu, co o nim myśli. Ale nie chciała, żeby to się stało tak nagle, z zaskoczenia, kiedy zupełnie się tego nie spodziewała.
– Zostaniesz tu do świąt? – upewniła się. Miała wrażenie, że ktoś wymierzył jej ogłuszający cios.
– Tak sobie zaplanowałem. W wykrochmalonych dżinsach, nowym kapeluszu, koszulce polo i wyczyszczonych do połysku butach wyglądał jak zadowolony z siebie elegant z miasta. Nie pasował do tego miejsca. I co ona ma teraz począć? Starała się odzyskać równowagę i pozbierać myśli.
– A co z Grantem? – zapytała nagle. Grant McClure był jedynym wnukiem Kate Fortune, który choć trochę interesował się rolnictwem i hodowlą zwierząt. Sam uświadomiła sobie, że nie łączyły go z rodziną Fortune więzy krwi. Był przyrodnim bratem Kyle'a i przyrodnim wnukiem Kate. Co prawda, nie miało to dla Kate żadnego znaczenia. Zawsze traktowała go jak krewnego, chociaż spędzał niewiele czasu z rodziną Fortune'ów.
