
– Grant odziedziczył konia. – Spojrzenie Kyle'a powędrowało ku pięknie zbudowanemu ogierowi, który ciekawie się mu przyjrzał, a potem bezczelnie prychnął na intruza. – To jest Płomień Fortune'ów, prawda?
– Nazywamy go Joker.
– Słucham?
Sam skinęła głową na konia.
– To on. Od źrebięcia nazywamy go Joker. Jest bardzo nieposłuszny i ma takie dziwne umaszczenie. – Wskazała na białe łaty na kruczoczarnym łbie zwierzęcia. – To imię do niego pasuje.
– Ty też go tak nazywasz?
– Dzisiaj nazwałabym go Diabeł. – Uśmiechnęła się ponuro. – Wiele innych imion przychodzi mi do głowy, ale nie nadają się do powtórzenia w towarzystwie. – Znów zdmuchnęła z czoła niesforny kosmyk włosów. Kyle roześmiał się głębokim, dźwięcznym śmiechem.
Dlaczego wcale się nie zestarzał? Dlaczego nadal jest szczupły i zwinny, a rysy jego twarzy nabrały wyrazistości? Nie dostrzegła brzucha ani siwych włosów. Wcale nie wyglądał na rozleniwionego bogacza. Czas obszedł się z nim wyjątkowo łagodnie.
– Nie spotkałem jeszcze konia, z którym byś sobie nie poradziła.
– Może Joker będzie pierwszy – odparła, chociaż trudno jej było skupić się na rozmowie. – Ten koń mnie wykończy.
– Wątpię. O ile pamiętam, bardzo lubiłaś takie wyzwania.
– To zabawne, ale ja niczego takiego sobie nie przypominam.
– Nie? – Kyle nagle spoważniał. – A co pamiętasz? O Boże! Serce Samanthy skurczyło się boleśnie.
– Trudno by ci było znieść moje słowa…
– Naprawdę? Spróbuj.
– Już raz to zrobiłam. Nie sprawdziłeś się. Zacisnął usta, twarz mu stężała.
