
W tym momencie staromodny samochód postanowił udowodnić słuszność jej tezy. Para gwałtownie syknęła, po chwili rozległ się stłumiony łoskot i silnik wybuchł żywym ogniem.
Torba… Jej torba nadal była w samochodzie. Przerażona Kate wzięła głęboki oddech i zerwała się do biegu. Mężczyzna chwycił ją za ramię.
– Nie bądź głupia…
Nie był wystarczająco szybki. Wyrwała się mu i pobiegła dalej. Nie mogła stracić torby. Jej zawartość była zbyt cenna. Chwyciła za klamkę i, choć parzyła jej palce, otworzyła drzwi. Sięgnęła po podniszczony skórzany kuferek.
Mężczyzna chwycił ją z tyłu za ramiona i bezceremonialnie wyciągnął z samochodu. Torbę też. Był dość silny, by wynieść ją z płonącego auta razem z ciężką torbą. Ledwo rzucił Kate na rozmokłe, torfowe pobocze drogi i przykrył ją własnym ciałem, samochód stanął w płomieniach.
Przez długi czas leżała nieruchomo. Nie mogła oddychać. Rozgrzane powietrze parzyło jej przełyk, ponadto nieznajomy przyciskał ją do ziemi. Mimo to cały czas kurczowo trzymała torbę.
W końcu, kiedy ogień przygasł, nieznajomy wstał i spojrzał na leżącą dziewczynę.
– Co, do cholery, ma pani w tej torbie? – spytał z furią w głosie. – Czy zdaje sobie pani sprawę, że o mało co nie zginęliśmy oboje?
– Ja… – Kate usiadła z wysiłkiem. – Przepraszam…
– Mam nadzieję, że przynajmniej diamenty – powiedział wzburzonym głosem. – Choć nie sądzę, żeby nawet diamenty były tego warte. – Parsknął gardłowym śmiechem i popatrzył na palący się jeszcze wrak samochodu.
– To torba lekarska – wyjaśniła spokojnie Kate. – Potrzebuję jej…
– Torba lekarska…
– Tak. – Z ponurym wyrazem twarzy przyglądała się przez chwilę temu, co zostało z jej samochodu, potem obróciła się do stojącego obok mężczyzny. Był przystojny i… wściekły. – Czy mógłby pan mnie podwieźć do najbliższej farmy?
