
– Przyjemnie to brzmi, nie ma co! – zażartowała Saga i wstała.
Zastanawiała się przez chwilę nad miłosną historią Lucyfera i musiała się uśmiechnąć sama nad sobą. Bo czyż nie uważała, że to było bardzo romantyczne? Czarny anioł… Który w tak tragiczny sposób został strącony do otchłani, a potem musiał przeżywać wieczną tęsknotę. Za kobietą, której nigdy nie mógł mieć, ponieważ zmarła przed tysiącami lat.
A jeśli on nie był Szatanem? Jeśli był tylko upadłym aniołem? W takim razie musiał zachować swoją dawną urodę.
Musiał być nieopisanie piękny.
Wrażliwa Saga puściła wodze fantazji, zaczęła marzyć o tym, że to ona pocieszy nieszczęsnego samotnika. Sprawi, by zapomniał o tamtej kobiecie z pradawnych czasów. Przeniesienie się w marzeniach do głębin podziemnej otchłani nie było dla Sagi niczym trudnym. Widziała się w wyobraźni, jak stoi tam, na samym dnie, a Lucyfer siedzi skulony, zakrywając twarz rękami. Podchodzi do niego, wolniutko odsuwa jego dłonie i spogląda mu w oczy z tak wielką miłością, na jaką tylko ją stać. Jego oblicze rozjaśnia się, oczy wpatrują się w nią niczego nie rozumiejąc, ręce dotykają jej twarzy, jakby piękny potępieniec nie wierzył, że jest rzeczywista. Ona zaś mówi: Przyszłam do ciebie i pragnę tu zostać. Jeśli mnie zechcesz.
Tutaj? – zapyta. – W tej otchłani strachu?
Tak. Nie chcę, byś dłużej był sam.
Saga! Jesteś tą, na którą czekałem setki lat! Witaj!
– Nie pomogłabyś mi nakryć do kolacji? Ojca tylko patrzeć – niespodziewanie przerwał jej marzenia głos matki.
Saga potrząsnęła głową, by wrócić do prozaicznej rzeczywistości.
– Tak, oczywiście. Już idę.
Nakrywając do stołu śmiała się pod nosem, aż Anna Maria musiała zapytać, o co chodzi.
– Ach, nic takiego – odparła Saga. – Czasem się po prostu nie mogę nadziwić, jaka jestem głupia i naiwna.
– To bywa niekiedy bardzo zdrowe – powiedziała Anna Maria.
