
Posłał pospieszne, przerażone spojrzenie, w którym mogła czytać jak w otwartej księdze: „Jej pieniądze! Ogromny posag Sagi, nie mogę go stracić!”
– Co tam ja – odparł niepewnie. – Chodzi o to, czego ty byś chciała.
Saga wyprostowała się.
– Moja matka jest poważnie chora. Chciałabym jej oszczędzić zmartwienia, jakim by dla niej był nasz rozwód. Gdybyś się zgodził nie zdejmować maski, dopóki mama żyje, to nie będę prosić o nic więcej.
Lennart wpadł w panikę.
– Ale ja nie chcę żadnego rozwodu! To by zniszczyło moją karierę! Chyba rozumiesz! Czy nie mogłabyś…?
Boże drogi, dzięki Ci, że nie mamy dzieci, pomyślała.
– Czy nie mogłabym czego?
Lennart wyciągnął do niej ręce.
– Czy nie mogłabyś zapomnieć, wykreślić tego, co się stało? Zacząć wszystkiego od nowa?
– To by nie było uczciwe wobec ciebie.
– Wobec mnie? Co chcesz przez to powiedzieć?
– Ja ciebie już nie kocham. Szczerze mówiąc, to ledwo cię znoszę. I wątpię, czy kiedykolwiek cię kochałam.
Lennart był zupełnie załamany. Wydawało mu się, że jest w tym związku silniejszy, a teraz był stroną całkowicie pokonaną. Saga dostrzegła w jego oczach coś nowego i przerażającego. Jakiś paskudny, pospieszny błysk, bo Lennart nigdy nie był w stanie ukryć swoich uczuć. Teraz jego spojrzenie mówiło: Istnieje tylko jedno wyjście. Gdyby ona umarła, nie doszłoby do skandalu, a ja dostałbym pieniądze.
W sekundę później to wszystko zgasło, w spojrzeniu Lennarta pojawiło się zawstydzenie. Saga jednak powiedziała spokojnie coś, co nie było prawdą, ale uznała, że tak będzie lepiej:
– Dzisiaj w drodze do domu wstąpiłam do mojego adwokata. Postawiłam mu list, który powinien zostać otwarty po mojej śmierci. Adwokat jest w pełni zorientowany w tym, co się stało.
– Nie powinnaś była… – zaczął gniewnie, ale przerwał.
Sago, jeden nieważny błąd, jeden fałszywy krok. Powinnaś się okazać na tyle wielkoduszna, by…
