
Pewnego dnia wczesnego lata Saga była gotowa rozpocząć długą podróż do Norwegii…
Ostatniej nocy w domu miała osobliwy sen, jeden z tych, w którym człowiek sam chce się obudzić, bo marzenia są zbyt męczące. Dlatego też zapamiętała bardzo dobrze, co jej się śniło. Długo leżała, wstrząśnięta i przerażona, starając się odtworzyć wszystkie szczegóły. Domyślała się bowiem, że sen miał znaczenie prorocze.
Najwyraźniejszym doznaniem był wiatr. Jakby stała na przełęczy, gdzie hulały wściekłe wichry.
Słyszała słabe, stłumione głosy, które nawoływały w oddali. A kiedy wytężyła wzrok, mogła dostrzec niewielką grupę ludzi z trudem brnących przed siebie, szarpanych przez wichurę. Choć nie mogła widzieć ich twarzy, wiedziała, że są to przodkowie Ludzi Lodu, ich dobrzy opiekunowie.
To ją wołali.
„Saga! Saga!” dochodziły do niej ich głosy jak odległe echo.
W przestrzeni, która ją od nich oddzielała, wiał wicher.
„Saga! Nie możemy do ciebie przyjść.”
Wiedziała o tym. We śnie wiedziała, że duchy opiekuńcze nie mogą nawiązać kontaktu z wybranymi, dopóki wybrani nie umrą i nie dołączą do ich grona. To oni pomagali Shirze, ale tylko na odległość. Nigdy wprost, tak jak pomagali nieszczęśnikom obciążonym dziedzictwem. Tarjei także należał do wybranych. On jednak nie otrzymał żadnej pomocy, więc zginął, został zamordowany, zanim zdążył wypełnić swoje zadanie.
Ciężko było teraz o tym myśleć. Jak radzić sobie całkiem samotnie, kiedy człowiek nie wie, co powinien robić?
Villemo, Dominik i Niklas także byli wybranymi. Tylko że ich zadanie było stosunkowo proste. Mieli przemienić bestię, jaką był Ulvhedin, w istotę myślącą i czującą po ludzku. Nie mieli do czynienia z duchami.
A czy Saga będzie miała? Trzeba poczekać, przekonać się…
„Saga! Saga!” rozległo się żałosne echo. „Bądź ostrożna z…”
„Co mówicie?” zawołała, a wiatr porywał jej słowa. „Nie mogę zrozumieć, co mówicie!”
