
Bo tak to jest, że człowiek we śnie widzi i ludzi, i rzeczy dość wyraźnie, lecz głosy zawsze są niejasne. Zawsze! A jeśli na dodatek dochodzą z tak daleka i przedzierają się przez wichurę, to naprawdę nie można zrozumieć ani słowa.
„Stało się coś całkiem nieoczekiwanego!” wołali tamci. „Znalazłaś się w niebezpiecznej strefie, a my nie możemy ci pomóc.”
„Co wy mówicie?” zawołała znowu. „Co się stało?”
Nie słyszała odpowiedzi. Po chwili jednak wiatr znowu przywiał kilka słów:
„Przysłaliśmy do ciebie człowieka. Zwykłego śmiertelnika, żeby ci pomógł. Polegaj na nim.”
„Kto to taki? I kogo mam się wystrzegać?”
Wiatr przemienił się teraz w grzmiący huragan, grupa przodków stawała się coraz mniej widoczna i wreszcie całkiem znikła. Kontakt z tamtym światem został przerwany i Saga, która rzucała się na łóżku i krzyczała zdławionym głosem, zdołała się w końcu uwolnić z koszmaru.
Rozdygotana, ciężko dysząc, próbowała zrozumieć przesłanie. Na ile można wierzyć sennemu marzeniu? W głębi duszy czuła, że powinna je potraktować ze śmiertelną powagą.
Gdyby tylko wiedziała choć trochę więcej!
Powinna być ostrożna, to prawda. Ale to nie takie proste zachowywać ostrożność, jeśli człowiek nie wie, gdzie czai się niebezpieczeństwo ani na czym ono polega.
ROZDZIAŁ III
Gorąco! Straszne gorąco!
Słońce paliło dach powozu; wewnątrz dyliżansu panował upał jak w piecu chlebowym.
Wszystko było mokre i lepkie, kurz osiadał grubą warstwą na skórze i włosach, trzeszczał w zębach, pot spływał strużkami po ciele. Wilgotne ubrania przyklejały się do rąk i nóg, krew pulsowała głucho w skroniach, mokre, czerwone twarze wokół i smród, smród! Teraz wychodziło na jaw, kto dbał o higienę, a kto zapomniał zmienić bieliznę przed wyjazdem.
Podróż była potwornie dokuczliwa, prawie nieznośna w tej zatłoczonej, kiwającej się i trzęsącej karocy. Saga była zmęczona i czuła się źle. Całe ciało miała obolałe, ale starała się zachować spokój i opanowanie.
