
Charles rzucił płaszcz na łóżko i wyszli na pokład. Pogoda była nie najgorsza, jakby słońce także cieszyło się z ich radości. Nie widzieli się zaledwie kilka dni, lecz każda godzina rozłąki wydawała im się wiekiem. Edwina była zachwycona, że narzeczony jedzie z nimi do San Francisco. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że mogliby się na tak długo rozstać.
– Tęskniłam za tobą – szepnęła mu do ucha, gdy wygodnymi schodami dotarli na pokład spacerowy położony wyżej.
– Ja też, kochanie – powiedział Charles. – Już niedługo nie będziemy się rozstawać ani na chwilę.
Edwina przytaknęła mu radośnie. Gdy mijali stoliki kawiarenki, na francuską modłę wystawione na pokład, odprowadzały ją pełne podziwu spojrzenia kelnerów, którzy wymieniali między sobą uwagi w szybkiej francuskiej mowie. Wielu pasażerów pierwszej klasy intrygowało to maleńkie "bistro", nowość nie spotykana na żadnym statku, jak zresztą wiele innych szczegółów na "Titanicu".
Narzeczeni doszli do połowy pokładu spacerowego, którego część osłonięto oszklonym dachem, aby można podziwiać ocean bez względu na kaprysy pogody.
– Myślę, kochanie, że znajdziemy na tym statku wiele zacisznych zakątków – powiedział Charles z uśmiechem. Mocniej przycisnął jej rękę ramieniem, a Edwina się roześmiała.
– Tak jak George. Udało mu się zgubić, zanim doszliśmy do kabiny. Ten dzieciak jest niemożliwy. Naprawdę nie wiem, czemu mama go nie udusi. – Na myśl o bracie Edwina spochmurniała.
– Nie robi tego, bo to uroczy urwis – wystąpił Charles w obronie chłopca. – On dobrze wie, na ile może sobie pozwolić.
Edwina musiała przyznać mu rację, choć chwilami naprawdę miała ochotę zamordować brata.
– Chyba tak. To niesamowite, jak bardzo różnią się on i Filip. Filip nigdy by sobie nie pozwolił na podobne zachowanie.
– Ja w jego wieku też nic takiego nie robiłem i może właśnie dlatego tak lubię George'a. On nigdy nie będzie żałował, że kiedykolwiek zrezygnował z czegoś. Myślę, że już wszystkiego popróbował.
