
Kiedy przestał mówić, w sali zaległa cisza jak makiem zasiał. Po chwili Parker zorientował się, że ławka przy pianinie jest pusta; muzyk akompaniujący Holly wyszedł tylnymi drzwiami. Poza nimi i barmanem w lokalu nie było żywej duszy.
– Zamierzasz się poddać?
Głos Holly wyrwał go z zadumy. – Słucham?
– Poddać. No wiesz, zrezygnować z walki. Skapitulować.
– Nie bardzo widzę, co mógłbym zrobić…
– Zawsze coś można zrobić – oznajmiła stanowczo Holly. – A ty chcesz oddać punkty walkowerem.
– Tak myślisz?
– A co mam myśleć? Sam powiedziałeś, że nie zdołasz wprowadzić swoich kaw do stałej sprzedaży w Hotelu Marchand…
– Nieprawda. Powiedziałem, że czeka mnie nie lada zadanie, żeby tę sprawę sfinalizować.
– Poza tym z powodu żony gotów jesteś wycofać się z rodzinnego biznesu…
– Owszem, bo wtedy nie będzie mogła…
– Na twoim miejscu bym walczyła. Starała się ją pokonać.
– Tak? – Zacisnął mocniej dłoń na butelce piwa. – Rozważyłaś wszystkie za i przeciw po zaledwie trzech lub czterech minut rozmowy?
– Niczego nie rozważałam. Po prostu słucham swojej intuicji. To dobrze robi, wiesz?
ROZDZIAŁ DRUGI
Intuicja. Jej własna kilka razy ją zawiodła, ale na ogół Holly lepiej wychodziła, kiedy kierowała się intuicją, niż gdy ją lekceważyła. Jakiś wewnętrzny głos od dawna jej mówił, by nie angażowała się w żaden nowy związek. Nie wolno się spieszyć; trzeba czekać, aż dawne rany się zagoją.
Teraz jednak ten głos radził jej wyciągnąć pomocną dłoń do Parkera Jamesa. Intuicyjnie czuła, że są sobie bliscy. Zdumiało ją to, gdyż dotąd tak kiepsko układało się jej z mężczyznami, że od kilku lat wolała trzymać się od nich na dystans.
Do Parkera Jamesa coś ją jednak ciągnęło. Może chodzi o ten błysk w jego niebieskich oczach, kiedy opowiadał o klubie jazzowym, który zamierzał wkrótce otworzyć. Może o to, że wydawał się spragniony kogoś, kto by go wysłuchał. A może o to, co wiedziała na temat kobiety, którą dziesięć lat temu poślubił.
