Od tamtej pory przestała żyć nadzieją, że jej los się odmieni. W wieku siedmiu lat nauczyła się polegać wyłącznie na sobie. Ludzie z opieki społecznej chcieli dobrze, ale mieli zbyt dużo dzieci, aby każdym zająć się z osobna. Każde dziecko wymagało czasu i uwagi. Holly uciekła z sierocińca, gdy tylko uznała, że zdoła na siebie zarobić.

Wysypała do miski groszek z kolejnego strąka. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w niczym nie przypomina kobiet, wśród których obraca się Parker James. No ale w swoim środowisku nie znalazł szczęścia. Chyba nigdy nie spotkała tak samotnego i smutnego człowieka.

– Nie powiedziałam, że on mnie pociąga czy intryguje – dodała cicho.

– Nie szkodzi, skarbie – rzekła Shana. – W szystko masz wypisane na twarzy.

– Wspaniale – mruknęła Holly.

Opuściwszy głowę, przysunęła bliżej durszlak z zielonymi strąkami. Nie widziała Shany, ale słyszała stukot jej obcasów, gdy ta szła przez kuchnię. Po chwili żona Tommy'ego wyciągnęła krzesło, usiadła przy stole i poklepała Holly po ręce.

– Skarbie, wiesz, że cię kocham jak rodzoną córkę?

– Wiem. – Holly uśmiechnęła się na widok zatroskanej miny swojej przyjaciółki.

Hayesowie i ich dzieci byli jedyną rodziną, jaką kiedykolwiek miała. Tommy'ego poznała podczas swojego pierwszego profesjonalnego występu, kiedy śpiewała na balu dla absolwentów miejscowego college'u. Tommy akompaniował jej na fortepianie. Muzycznie "dogadywali" się świetnie, jakby współpracowali z sobą od lat.

Ten dzień należał do naj szczęśliwszych w jej życiu. Była przerażoną dziewczyną w wieku szesnastu lat, która udawała, że niczego się nie boi i wszystko ma pod kontrolą. Ale Tommy na to się nie nabrał. Po skończonym występie zabrał ją do siebie na solidną kolację.



21 из 141