
– Jasne, Holly – odparł tęgawy jegomość krzątający się za ladą. – Za minutkę.
Siedzący w półmroku mężczyzna pochylił się lekko do przodu. Miał niebieskie oczy, którymi się w nią wpatrywał, falujące kruczoczarne włosy, które niesfornie opadały mu na czoło, oraz opalone, umięśnione przedramiona, które opierał na blacie stołu.
Parker James! Z miejsca go rozpoznała. Psiakrew! Nie powinna była słuchać Tommy'ego. Chyba już bardziej wolałaby iść na randkę w ciemno, niż przysiadać się do stolika akurat tego mężczyzny. Parker James należy do elity Nowego Orleanu. Do tutejszych wyższych sfer. Jego rodzina przybyła tu… wieki temu.
O Parkerze często pisano w gazetach, ale to nie z artykułów prasowych Holly go znała. Dziesięć lat temu śpiewała na jego weselu. Było to jedno z jej pierwszych zleceń, toteż denerwowała się bardziej niż panna młoda.
Wróciła pamięcią do tamtego dnia. Nie, panna młoda w ogóle się nie denerwowała…
W przededniu uroczystości ślubnych Holly udała się do położonego nad rzeką wspaniałego domu, w którym miało się odbyć wesele. Chciała sprawdzić system nagłaśniający i zostawić nuty organizatorce przyjęcia.
Było późno, większość przygotowań do uroczystości została już zakończona. Po załatwieniu swoich spraw Holly postanowiła wybrać się na krótki spacer po pogrążonym w ciszy ogrodzie.
Bujna roślinność zapierała dech w piersi. Powietrze wypełniał śpiew ptaków, cykanie świerszczy, chlupot wody zalewającej brzeg. Wędrując ścieżką, nagle Holly usłyszała przyciszone głosy. Zaciekawiona, ruszyła w ich kierunku. Podejrzewała, że po ogrodzie kręci się służba, sprawdzając, czy wszystko zapięte jest na ostatni guzik.
. Zbliżyła się do krzaków magnolii otaczających kamienny taras, na którym stały przygotowane na jutro stoły i krzesła, kiedy tuż obok rozległo się ciche westchnienie, a po nim przytłumiony jęk rozkoszy.
