
Holly zamarła w bezruchu, ale było już za późno. Przed sobą ujrzała wyciągniętą na stole pannę młodą z zadartą spódnicą. Osobą, z którą Frannie LeBourdais się kochała, nie był jednak pan młody, lecz jej druhna.
Przez moment Holly obserwowała, jak Justine DuBois pieści obnażony brzuch i uda swojej przyjaciółki. Wreszcie, otrząsnąwszy się, wykonała krok do tyłu, zamierzając zniknąć niezauważenie, lecz niechcący potrąciła metalowe krzesło.
Frannie otworzyła oczy. Namiętność malującą się na jej twarzy zastąpiła dzika furia. Zepchnąwszy z siebie Justine, młoda kobieta poderwała się na nogi, wygładziła spódnicę i gniewnym krokiem podeszła do Holly, która wciąż stała oniemiała z wrażenia.
Nie, nie była osobą naiwną, którą gorszy wszystko, co odbiega od normy. Miała dwadzieścia lat, od czterech sama zarabiała na życie. Mieszkała w Nowym Orleanie, mieście rozpusty, i śmiało mogłaby powiedzieć: nic, co ludzkie, nie jest mi obce. A jednak była zdziwiona. Parker James wydawał się wymarzonym kandydatem na męża. Ale Frannie najwyraźniej nie zależało na mężu. Jeżeli jest lesbijką, po jakie licho zamierza poślubić Parkera?
– Do jasnej cholery, co tu robisz? - spytała Frannie, po czym nie czekając na odpowiedź, kontynuowała: - Nieważne. Jeśli piśniesz Parkerowi choćby słówko o tym, co widziałaś, zamienię twoje życie w piekło. Rozumiesz?
Patrząc w ziejące nienawiścią niebieskie oczy, Holly wiedziała, że narzeczona Parkera nie żartuje. Że naprawdę gotowa jest spełnić swoją groźbę. W mieście, w którym liczyły się znajomości i dobre pochodzenie, Frannie bez trudu mogłaby sprawić, by ona, Holly, nie dostała żadnych więcej angaży, by nie mogła śpiewać na przyjęciach, w klubach, knajpach, nigdzie…
