– Tak, pamiętam…

– Śpiewałam na pańskim przyjęciu weselnym.

Skrzywił się w duchu. Nigdy nie powinien był się żenić z Frannie.

– Holly Cadyle. Jedyny jasny punkt programu. Zmieniłaś się – rzekł, przechodząc na "ty".

– Naprawdę? – Ściskając w palcach słomkę, leniwie mieszała złocisty płyn w szklance.


Nagle Parkera zalała fala ciepła. Z najwyższym trudem zachował spokój. Już nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz ktoś wzbudził w nim tak wielkie pożądanie. Żona nigdy go nie podniecała. Od początku dała mu wyraźnie do zrozumienia, że erotyka jej nie interesuje. A kochanie się z kobietą, która wykazuje w łóżku tyle entuzjazmu co sopel lodu, jakoś nie sprawiało mu przyjemności.


Chociaż byli małżeństwem od dziesięciu lat, od niemal siedmiu żyli każde własnym życiem. Parker nie występował wcześniej o rozwód, bo papiery rozwodowe nie były mu do niczego potrzebne. Bądź co bądź nie zamierzał się znów żenić. Frannie skutecznie zniechęciła go do kobiet.


Teraz, spoglądając na kobietę siedzącą naprzeciwko, poczuł dreszcz podniecenia. Był spragniony jak wędrowiec, który przebył długą drogę przez spaloną słońcem pustynię. Holly była niczym tchnienie wiatru. Niczym łyk wody. Przypomniał sobie jej długie nogi opięte czarnymi dżinsami, kiedy wolnym krokiem, kołysząc zmysłowo biodrami, zbliżała się do jego stolika…


Wciąż bawiła się słomką. Nagle wyobraził sobie, jak pomalowanymi na czerwono paznokciami gładzi go po plecach. Z trudem się powstrzymał, by nie chwycić jej za rękę.

– Jesteś o wiele ładniejsza niż dawniej.

– Dziękuję. Chyba dziękuję… – Wzruszyła lekko ramionami, po czym oparłszy się wygodnie, przez chwilę przyglądała mu się z uwagą. – No dobrze, Parker. Powiedz mi, co cię sprowadza do Hotelu Marchand w samym środku dnia?

– Twój głos.

– Kolejny komplement?

– Uwielbiamjazz. A ty świetnie czujesz bluesa.

– No cóż, od lat śpiewaniem zarabiam na chleb.



8 из 141