
– Od dawna pracujesz w tym hotelu?
– Dwa… nie, trzy lata – odparła, przesuwając palce po wilgotnej szklance. – Codziennie po południu ćwiczę z Tommym. Występuję cztery wieczory w tygodniu, a w pozostałe dni staram się o zastępstwa w różnych klubach w mieście.
– Zajęta z ciebie kobieta.
– Męczy mnie bezczynność.- Uśmiechnęła się szeroko. Nagle coś sobie przypomniała. – Kilka przecznic stąd zauważyłam kiedyś będący w trakcie remontu lokal o nazwie Grota Parkera. T o twój?
– Mój.
Na samą myśl o swoim nowym przedsięwzięciu zrobiło mu się lekko na duszy. Całe życie marzył o tym, by otworzyć kawiarnię, w której przy dźwiękach nowoorleańskiego jazzu goście popijaliby pyszną aromatyczną kawę, od pokoleń sprowadzaną przez rodzinę Jamesów do Stanów.
– Z zewnątrz wygląda bardzo ciekawie. Kiedy otwarcie?
– Jak dobrze pójdzie, to za kilka dni. A wtedy wreszcie nie będę musiał… – Urwał.
Do diabła, nie przyszedł tu, by rozmawiać o swoich problemach. Wręcz przeciwnie, choć na parę godzin pragnął o nich zapomnieć.
– Nie będziesz musiał…? – spytała cicho Holly.
– To nudne. Nie chciałabyś o tym wiedzieć.
– Gdybym nie chciała, tobym nie pytała.
Przyjrzał się jej badawczo, po czym skinął głową. Podniósłszy ze stolika butelkę zimnego piwa, przejechał palcem po etykiecie z nazwą browaru. W stąpił do baru w Hotelu Marchand, by oczyścić głowę, uwolnić się od trosk, od nieustannych intryg swojej już wkrótce byłej zony, od uciążliwych obowiązków związanych z prowadzeniem rodzinnej firmy. Nagle poczuł, że ze wszystkiego chce się Holly zwierzyć, opowiedzieć jej o swoich kłopotach.
– Miałem spotkanie z sZ,efem kuchni tego hotelu, Robertem LeSoeurem – rzekł, na moment milknąc, by pociągnąć łyk piwa. – Były ostatnio prob~ lemy z terminową dostawą kawy przez należącą do mojej rodziny firmę i LeSoeur groził zerwaniem kontraktu.
– To niedobrze.
– Na szczęście do tego nie doszło – przyznał z uśmiechem Parker. – Zdołałem go przekonać, żeby dał nam jeszcze jedną szansę.
