Nie przejął się zbytnio i nie wykazywał dzikiej chęci działania aż do chwili, kiedy sam zbliżył się do tajemniczego mercedesa. Też nie palił, tak jak Szwajcar, węch miał, pochylił się nad bagażnikiem, uważnym wzrokiem obrzucił wnętrze i oblekł twarz w wyraz powagi.

– Właściciel Ewa Thompkins – zaczął rzeczowo – z Anglii. Dokładny adres jest?

– Jest – odparła czym prędzej wpatrzona w ekran komputera recepcjonistka.

– Telefon?

– Też jest… Zero zero cztery cztery…

– Proszę mi to zapisać.

Nikt nie zaprotestował, kiedy z hotelowego telefonu zadzwonił do Chelsea, bo wszyscy byli ciekawi, co z tego wyniknie. Angielski język znał bardzo dobrze i bez trudu mógł się porozumieć.

A otóż okazało się, że nie. Telefon z tamtej strony odebrała jakaś osoba, która z angielskim miała szalone trudności i inspektor zapomniał o kamiennym wyrazie twarzy. Doszło do tego, że w jakimś momencie otarł nawet pot z czoła, po czym ożywił się i poprosił recepcjonistkę o notowanie. Z powtarzanych przez niego słów i zadawanych pytań wszyscy wywnioskowali, że owej Ewy w Chelsea nie ma, wyjechała na wakacje, ale wcale nie znajduje się w Holandii, tylko albo we Francji, albo w Polsce. Polska, jako kraj, który dopiero co wszedł do Europy, nie stanowiła pojęcia całkowicie obcego, geograficznie można ją było umiejscowić. Przejęta niezmiernie recepcjonistka z wielkim wysiłkiem pisała okropnie dziwne dyktando.

Inspektor umęczył się tak, że wyrwały mu się z ust tajemnice służbowe.

– Tam jest gosposia – rzekł. – Kuzynka Ewy Thompkins. Nie zna żadnego języka. Ale ta Ewa docelowo pojechała do Polski i ma tam adres…

Pochylił się nad zapiskami recepcjonistki, stuknął głową w głowę płonącego zapałem studenta, który też się pochylił, i obaj razem zaczęli odczytywać.



11 из 217