
– I chyba w Holandii, bo inaczej skąd holenderskie gliny? Z tym że nie jestem pewna i możliwe, że zginęły jej zwłoki. A tu, takie mam wrażenie, latają i łapią Kuźmińskich, wedle jej panieńskiego nazwiska. I tyle. Więcej nie wiem.
– Mało – oceniłam z naganą. – No, trudno. To teraz słuchaj, czy mi się wydaje, czy rzeczywiście coś mówiłaś, że holenderskie gliny ględziły do ciebie przez telefon o jakiejś gosposi albo kuzynce?
– Nie wydaje ci się, ględziły. Znaleźli ją w Chelsea, w domu tej całej Ewy, i to chyba od niej właśnie dostali mój adres. Bo co?
– Bo na ich miejscu ja bym ją przydusiła. Jak ona się nazywa? Powiedzieli?
Martusia zawahała się.
– Nie wiem. Czekaj. Nie, chyba nie. Nie, przypominam już sobie, żadnego nazwiska nie wymienili, tylko że gosposia albo kuzynka. O, powiedzieli za to, że ona bardzo źle mówi po angielsku i trudno się z nią dogadać.
– Niech wezmą tłumacza – poradziłam zgryźliwie. – Zadzwoń do nich. Dali ci przecież swój telefon?
– Dali. Po co mam dzwonić?
– Spytaj o jej nazwisko i adres. Na wszelki wypadek, bo to może być Turczynka, która się tylko podszywa pod kuzynostwo.
– Myślisz, że mi powiedzą?
– A dlaczego nie? Jesteś wmieszana, strasznie myślisz, chcesz pomóc, dogadasz się łatwiej…
– Z Turczynką?
– Głupiaś. Skąd mają wiedzieć, czy ty umiesz po turecku? Bo może umiesz?
– Stanowczo nie!
– Nie szkodzi. Oni tego nie wiedzą. Zadzwoń i spytaj, mnie to ciekawi. I ciebie też powinno, bo skąd baba wzięła twój adres? Co w ogóle wie o tej całej kuzynce? I gdzie się podziewa Thompkins, za którego wyszła? Mąż po żonie dziedziczy, powinien się objawić, też go należy złapać i dokładnie przepytać.
– Mąż! – wykrzyknęła Martusia radośnie. – Może to on ją zamordował? Mąż jest zawsze pierwszym podejrzanym!
– Nie podpowiadaj tego glinom, bo nabiorą wody do pyska, może im jeszcze mąż do głowy nie przyszedł. Bierz się na razie za kuzynkę. Dzwoń!
