
Samochody w drugim rzędzie? A tak, to zauważyli. Akurat miejsca bliżej były zajęte, zaparkowali na końcu parkingu i kiedy dobiegali do hotelowego wejścia, drugi z tego rzędu właśnie odjeżdżał. Pożałowali, że nie przyjechali minutę później, mogliby skorzystać, a nie lecieć taki kawał pod prysznicem. Owszem, odjechał, tego są pewni, a był to w ogóle peugeot, bardzo jasny, chyba biały.
Zatem zwłok jeszcze nie było.
Wczesnym wieczorem inspektor dopadł Portugalczyka. Portugalczyk mówił głównie po portugalsku, ale, o dziwo, znał także trochę holenderski. Akcent miał dość niezwykły, przy pewnym wysiłku jednakże dawało się go zrozumieć, on sam zaś rozumiał wszystko. Wyjaśnił to niezwykłe zjawisko, bywa tu mianowicie często, załatwia interesy, nie ma w nich żadnej tajemnicy, turystyczno-hotelowo-wodno-spożywcze. Chce otworzyć cały ciąg lokalików wzdłuż kanału.
Czy pamięta wieczór swojego przyjazdu? Pewnie, że pamięta, umówiony był tutaj, w barze hotelowym, i spóźniał się skandalicznie. Deszcz padał. Zaparkował w pośpiechu, zaraz w pierwszym rzędzie, było miejsce, rozejrzał się, owszem, bardzo niespokojnie, zauważył samochód swojego znajomego i doznał ulgi, że gość jednak na niego zaczekał. Samochód stał niejako naprzeciwko, w drugim rzędzie, ustawiony bardzo głupio, okrakiem, tak że zajmował dwa miejsca. Te pierwsze. Nawet się nie zdziwił ani nie zgorszył, bo jego znajomy jest potężnej tuszy i potrzebuje dużo przestrzeni. Często parkuje w taki sposób.
Kiedy znajomy odjechał? Po kwadransie najwyżej, śpieszył się, tyle że zdążyli wstępnie parę słów zamienić, umówić się i już go nie było.
Zatem i trupa nie było…
Na wszelki wypadek inspektor sprawdził, owszem, barman pamiętał potwornie grubego faceta, który tu siedział prawie godzinę, zły i zniecierpliwiony, ustawicznie spoglądając na zegarek. Pojawił się ten właśnie gość, Portugalczyk, usprawiedliwiał się, przepraszał, pogadali chwilę i gruby sobie poszedł. Miał parasol.
