Ściśle biorąc, nie po mnie, tylko po moich szybach, bo ciągle byłam schylona i na rączce biegów odgniatałam sobie żołądek. Skończyłam te parterowe zabiegi i wyprostowałam się, kiedy obok trzasnęły drzwiczki. Otworzyłam moje, automatycznie zapaliły się światła, naciągnęłam na głowę kaptur nieprzemakalnej kurtki, wysiadłam i ruszyłam ku tyłowi samochodu.

Dokładnie w tym momencie ruszył facet obok i zetknęliśmy się przy moim bagażniku. Światło padało na jego twarz także od dołu, z samochodu, zatem daszek czapki jej nie zasłaniał. Przyjrzałam mu się dokładnie, aczkolwiek całkowicie bez powodu.

Obydwoje mruknęliśmy „przepraszam”, zdaje się, że w dwóch różnych językach. Niewykluczone, że przeprosiłam go po duńsku, bo przecież jechałam do Danii i byłam coraz bliżej jej granic. Odszedł od razu, niknąc gdzieś w mroku, ja zaś wywlokłam podręczną walizkę na kółkach, wygrzebałam torebkę z przyległościami i sięgnęłam po atlas, żeby w spokoju sprawdzić dalszą trasę. Coś z niego wyleciało. Rozejrzałam się, bo i z wypchanej torebki mogło mi wylecieć, i rzeczywiście, drugi papier leżał pod kołem samochodu. Podniosłam makulaturę, otrząsnęłam z wody i wreszcie udałam się do hotelu.

Cudowne miejsce. Żadnego stopnia, żadnej górki, żadnego krawężnika, po płaskim terenie wprost do recepcji i do windy. No owszem, w takich warunkach mogę się nawet opiekować własnym bagażem.

Nazajutrz odjechałam do Danii przez Puttgarden i Rødby, rezygnując z drogi lądowej, bo w tym ustawicznym deszczu i beznadziejnej plątaninie autostrad kompletnie straciłam cierpliwość.


* * *

Na samochód, drugą dobę stojący na hotelowym parkingu, uwagę zwrócił pies.

Goście z Anglii, młode małżeństwo z dzieckiem i psem, przyjechali wczesnym wieczorem i zaparkowali gdzieś w środku pierwszego rzędu pojazdów. Zabrali bagaże i ruszyli ku wejściu.



7 из 217