
— Dobra. Zjeżdżaj i przywieź kartkę, a ja poczekam — powiedział obcy i rozciągnął się na ziemi.
McCarthy bez namysłu zawrócił i pospieszył do machiny czasu.
Wysiadając w laboratorium, stwierdził z zadowoleniem, że profesor odzyskał swoją miłą kępkę siwych włosów.
— Panie, panie, z tego cała historia wychodzi. Nawiasem mówiąc, co pan zrobił z żoną?
— Z żoną? Z jaką żoną?
— No, pańską żoną. Alojzową. Tą bojową babą — wyjaśnił McCarthy.
— Nie jestem wcale żonaty. Już ci mówiłem, że uważam to za barbarzyński zwyczaj, niegodny naprawdę cywilizowanego człowieka. A teraz przestań zawracać głowę i dawaj aparat.
— Ale — zapytał badawczym tonem McCarthy — przecież panu już przedtem oddałem aparat, nie pamięta pan, panie profesorze Ruddle?
— Nie mówi się Ruddle, tylko Roodles. Dwa „o” jak w boogie-woogie. Jak mogłem zabrać od ciebie aparat, kiedy dopiero teraz wróciłeś? Mąci ci się w głowie, mój drogi McCarney, a ja nie lubię zmąconych. Postaraj się opanować.
McCarthy pokiwał głową, nie zważając już nawet na przekręcenie swego nazwiska. Wzrastał w nim coraz większy żal, że w ogóle wdał się w tę całą karuzelę.
— Siadaj pan, profesorze. — Ogromną dłonią wcisnął niepokaźnego staruszka w fotel. — Siadaj pan, bo musimy pogadać. Muszę panu coś niecoś przypomnieć.
— Więc tamten facet — kończył po kwadransie — obiecał, że zaczeka, aż wrócę z kartką. Jeśli chcesz pan mieć żonę, nie dawaj pan kartki, a facet ruszy kamień. Dla mnie to bez różnicy. Mam w ogóle dość tego wszystkiego.
Profesor Ruddle (Guggles? Roodles?) przymknął w zamyśleniu oczy.
— No tak — westchnął. A potem nagle zadrżał. — Żonaty? Z Alojzową? Bojową babą? Nie, nie! McCarney… czy McCarthy… słuchaj! Musisz tam wrócić! Dam ci zaraz kartkę… I jeszcze jeden czek… O, masz! — Wyrwał kartkę z notesu i szybko ją wypełnił kilku błagalnymi słowami. Następnie wypisał czek.
