
McCarthy przyjrzał się blankietowi.
— Znowu inny bank — zauważył ze zdziwieniem. — Tym razem „Południowy Bank Arachidowy”. Spodziewam się, że wszystkie te czeki okażą się dobre.
— Naturalnie — zapewnił go stanowczo profesor — wszystkie okażą się dobre. Jedź tylko i załatw sprawę, a jak wrócisz, załatwimy to wszystko tak, żebyś był zadowolony. I powiedz tamtemu McCarneyowi…
— McCarthy, nie McCarney. Zaraz, zaraz! Co to znaczy „tamtemu McCarneyowi”? Jest tylko jeden McCarthy, McCarthy Gęsia Szyjka. Jeżeli pan wysyła dziesięciu różnych chłopów na tę samą robotę…
— Nie wysłałem nikogo prócz ciebie. Czy nie rozumiesz tego, co się stało? Wysłałem ciebie w przeszłość, w okres kredowy, żebyś poruszył kamień. Wróciłeś w teraźniejszość i, jak sam mówisz, zastałeś mnie w dosyć niepomyślnych okolicznościach. Wiec udałeś się ponownie w przeszłość, aby odrobić szkodę, do tego samego mniej więcej punktu w przestrzeni i czasie co przedtem. Ale z powodu mnóstwa nieznanych czynników i nieuchronnych błędów w pierwszej machinie czasu nie mógł to być dokładnie ten sam punkt. Co teraz się dzieje? Ty — nazwijmy ciebie ty I — spotykasz siebie II w tym właśnie momencie, kiedy ty II zabierasz się do ruszenia kamienia. Zapobiegasz temu. Gdybyś tego nie zrobił, gdybyś, jako ty II, poruszył kamień, wówczas ty II byłby tobą, to znaczy tobą I. Ale ponieważ on — a właściwie ty — tego nie zrobiłeś, on jest nieco odmienny od ciebie, będąc tobą, który odbył tylko jedną podróż w przeszłość i nie poruszył jeszcze kamienia. Podczas gdy ty obecny — ty I — odbyłeś dwie podróże i równocześnie poruszyłeś kamień i przeszkodziłeś sobie samemu w jego poruszeniu. To doprawdy jest przecież proste, no nie?
