
Któregoś wieczoru, na miesiąc przed jej dziewiątymi urodzinami, tata „się wyprowadził”. To były jej najsmutniejsze urodziny w życiu. Na początku nie wracała od razu po lekcjach do domu, tylko czekała na niego przy wejściu do sali gimnastycznej, skąd jest najlepszy widok na drogę dojazdową i parking przed szkołą. Kiedyś zauważyła samochód podobny do hondy taty i zaczęła biec w jego kierunku. Z auta wysiadła jednak jakaś pani i spojrzała na nią tak dziwnie, że od tego dnia nie wystawała już pod salą gimnastyczną.
Ale nie przestała czekać. Na rozmowy telefoniczne z „kocham cię” na końcu, na to, że tata przyjedzie kiedyś na wywiadówkę do jej szkoły, na środowe obietnice, że zabierze ją na weekend do siebie, i na to, że je spełni, że nie odwoła ich w piątek późnym wieczorem. Na ich wspólne wakacje „w dalekich krajach”, które przyrzeka już w styczniu, a potem zawsze jest tylko wyjazd do Polski, do babci, gdzie już na drugi dzień zostawia ją samą i wraca do Niemiec… do pracy. Poza tym czeka na to, że mama zacznie wcześniej wracać z pracy, przestanie być smutna i się martwić tym, że nie mają pieniędzy na jej korepetycje z matematyki, na lekcje angielskiego, które tak lubi, na wycieczkę szkolną, na nowe biurko do jej pokoju i na naprawę piekarnika.
Mama nigdy jej tego nie powiedziała, ale ona i tak od dawna wie, że tata nie pomaga. Kiedyś przez przypadek podsłuchała ich rozmowę telefoniczną.
