
– O Boże – szepnęła Indra i opadła na krzesło. – Dlaczego nikt mnie nie obudził?
3
Marco wrócił do hotelu w umówionym czasie. Indra pożerała go wzrokiem, a Miranda szepnęła złośliwie:
– Daj sobie spokój, po prostu się ośmieszysz albo będziesz nieszczęśliwa.
– A skąd ty to możesz wiedzieć?
– Sama się zastanów! W tym przypadku nietrudno przewidzieć, co się może stać. Na nic się nie zda twoje trzepotanie rzęsami. Jego nie interesują dziewczyny wylegujące się na kanapach.
– Zaciekłe reformatorki też z pewnością nie. Ludzie, którzy nieustannie wytykają błędy innym, są po prostu męczący.
– Ktoś musi to robić – odparła Miranda, zraniona w imieniu wszystkich swoich kolegów.
– Oczywiście, ale nie można być zawodowym demonstrantem!
Miranda poczerwieniała. Strzała trafiła celnie, bo rzeczywiście organizowała demonstracje z byle okazji, nie zawsze do końca wiedząc, co chciałaby uzyskać.
Cała grupa udała się na nowe osiedle mieszkaniowe.
Dom Petera i Jenny był niemal gotowy, oni jednak nie tęsknili za przeprowadzką. W każdym razie nie chcieli tu zamieszkać, dopóki las nie zostanie oczyszczony. A później też chyba nie za bardzo.
Oboje właściciele przyłączyli się do gromadki, z mieszanymi uczuciami podążającej do lasu. Szło sześcioro członków Ludzi Lodu: Marco, Nataniel, Ellen, Gabriel, Indra i Miranda, a poza tym czterech robotników budowlanych, wśród nich majster i młody Ernst, który pośredniczył w nawiązaniu kontaktu z Ludźmi Lodu, przez wuja swojej dziewczyny, znającego pewną panią, która ma rodzinę w Norwegii, i tak dalej, i tak dalej. Zdumiewające, ile mogą człowiekowi pomóc znajomi znajomych! Ernst nie ukrywał dumy ze swojego dokonania.
Kiedy stali tutaj poprzednim razem, wszyscy wpatrywali się w Nataniela. Teraz patrzyli na Marca, czemu nie należy się specjalnie dziwić. Sprawiał wrażenie istoty z tamtego świata, był niczym echo z innego wymiaru. Tak wyglądał, kiedy jeszcze żył na Ziemi, a teraz chyba nawet bardziej, albowiem dopiero co wrócił z Czarnych Sal.
