Wszyscy pomagali w usuwaniu kamiennych bloków. Pracowali kilofami, dźwigali kamienie i odnosili je na bok. Dziewczęta odgarniały ziemię, to znaczy Indra organizowała pracę i dyrygowała, ale sama nie zamierzała się wysilać. Kamienie nie były zbyt ciężkie, przecież złożyli je tutaj tylko dwaj mężczyźni nie mający do pomocy ani konia, ani wozu.

Marco zarządził krótką przerwę. Widzieli, że twarz niezwykłego młodzieńca jest dziwnie napięta.

Korzystali z okazji, by trochę odetchnąć.

– Czy ty coś wyczuwasz? – zapytał Nataniel cicho.

– Prawdopodobnie to samo, co ty.

– Tak, jakieś niecierpliwe czekanie, niemal desperacka nadzieja.

– Otóż to właśnie! Musimy być bardzo ostrożni. Wydaje mi się, że wkrótce do niego dotrzemy. Ale ja…

Umilkł, a wszyscy czekali w skupieniu.

– Co takiego, Marco? – chciał wiedzieć Gabriel.

– Nie podoba mi się ten pal tutaj – odparł Marco powoli.

Zebrani nie zwrócili na to uwagi. Dopiero teraz dojrzeli resztki czegoś drewnianego, co sterczało pomiędzy kamieniami. Mirandę przeniknął dreszcz. Podobną reakcję zauważyła u innych.

– Nieee – jęknęła Indra, wytrzeszczając oczy z dosyć mało inteligentną miną.

– Co? – zapytał majster równie głupawo. – Czy to wampir?

Niektórzy z trudem chwytali powietrze. Peter i Jenny byli bardzo bladzi. Kilku robotników zachichotało, ale Marco odnosił się do sprawy poważnie.

– Nie, to nie wampir. Po pierwsze, w skandynawskich wierzeniach ludowych nie ma wampirów, choć to może nie znaczy zbyt wiele. Któryś z rycerzy złego zakonu mógł jednak pochodzić z południa i chciał się zabezpieczyć przed sztuczkami czarnoksiężnika. Albo… Może tutaj leży właśnie jeden z braci zakonnych, nic przecież o tym nie wiemy. Ktoś pochodzący z Europy południowo-wschodniej, gdzie wiara w wampiry przetrwała do naszych czasów.



17 из 206