
– Z Transylwanii – wtrąciła Indra, żeby pokazać, jak wiele wie.
– No właśnie – Marco uśmiechnął się do niej, a dziewczyna musiała stłumić uszczęśliwione westchnienie. – Nie sądzę jednak, żeby tu mógł zostać pochowany zakonnik – dodał.
– A po drugie? – zapytał Gabriel. – Dlaczego to nie może być wampir?
– Właśnie, po drugie. Wampir, który by został przebity palem, byłby definitywnie i nieodwołalnie martwy. Ta istota jednak żyje, może się z nami porozumiewać. I myślę, że to jest ktoś nieśmiertelny. Ktoś, kto nie może umrzeć. I dlatego zwraca na siebie naszą uwagę, co świadczy o jego niebywale silnej osobowości. O wielkiej mocy. Tak więc musi to chyba być sam czarnoksiężnik. Natanielu, jak on się nazywał?
– Tego Sol nie powiedziała.
– Szkoda! Imię bardzo by nam ułatwiło sprawę.
Marco wahał się, wciągał głęboko powietrze.
– To może podniesiemy ostatnie kamienie? Jeśli ktoś z was się boi albo jest zbyt wrażliwy, nie musi z nami pozostawać.
Chociaż wielu rzucało na siebie nawzajem lękliwe, pytające spojrzenia, nikt nie chciał opuścić skraju lasu. Rzecz jasna, ten i ów głośno przełykał ślinę i cofał się nieznacznie, zaś Indra i Miranda nerwowo przestępowały z nogi na nogę.
Marco bardzo ostrożnie dźwignął jeden kamień i odniósł go na stronę. W ziemi ukazało się czyjeś ramię.
– Jezu – szepnął młody Ernst.
Nikt z zebranych nie był w stanie wykrztusić słowa. Sytuacja stawała się tak fantastyczna, że zaczęli wierzyć, iż im się to wszystko śni. Woleli, żeby tak było. W przeciwnym razie można zwariować, myślało wielu.
Tak też działo się z małym dwunastoletnim Gabrielem, który uczestniczył w ostatecznej walce z Tengelem Złym. Wierzył wtedy, że wszystko, co przeżywa, jest snem.
Fakt, że robotnicy budowlani przyjmowali to jako coś mniej więcej „naturalnego”, był z pewnością wynikiem tego, że od wielu tygodni wyczuwali, iż w lesie znajduje się coś dziwnego. Od dawna wiedzieli, że nie może się tu ukrywać nic pospolitego. Tak więc zarówno robotnicy, jak i młoda para, Peter i Jenny, przygotowani byli na wiele. Nie przygotowani, pewnie by pomdleli albo po prostu uciekli.
