
NIE, powiedział. NIE MAM SYNÓW.
— Jeśli wam to nie przeszkadza, chciałbym zamienić z moim chłopakiem jeszcze słowo.
W TAKIM RAZIE PÓJDĘ SIĘ ZAJĄĆ KONIEM, odparł Śmierć, bardziej niż zwykle taktowny.
Lezek objął syna ramieniem — z pewnymi trudnościami wynikającymi z różnicy wzrostu — i łagodnie pchnął go do przodu.
— Mort, wiesz, że to wuj Hamesh powiedział mi o tym targu rzemiosł? — szepnął.
— Tak…
— Mówił mi jeszcze coś — wyznał mężczyzna. — Twierdził, że często uczeń dziedziczy interes mistrza. Co o tym sądzisz?
— No… Nie jestem pewien — mruknął Mort.
— Ale warto się zastanowić.
— Właśnie się zastanawiam, tato.
— Hamesh uważa, że wielu młodych ludzi w ten sposób zaczynało karierę. Byli pomocni, zdobywali zaufanie mistrza, a potem… no… jeśli w domu były jakieś córki… Czy pan… hm… pan… wspominał coś o córkach?
— Jaki pan? — zdziwił się Mort.
— Pan… Twój nowy mistrz.
— A… On. Nie, raczej nie. On chyba nie z takich, co się żenią.
— Wielu sprytnych młodych ludzi zawdzięcza swój awans małżeństwu.
— Naprawdę?
— Mort, wydaje mi się, że nie słuchasz.
— Co?
Lezek zatrzymał się na oszronionych kamieniach i odwrócił Morta do siebie.
— Naprawdę musisz nad sobą popracować, mój chłopcze — oświadczył. — Nie rozumiesz? Jeżeli chcesz do czegoś dojść na tym świecie, to musisz słuchać. Twój ojciec ci to mówi.
Mort spoglądał na twarz ojca. Miał ochotę powiedzieć mu o wielu sprawach: jak bardzo go kocha i jak się martwi. Chciał zapytać, co ojciec naprawdę myśli o tym, co przed chwilą widział i słyszał. Chciał wyznać, że czuje się tak, jakby stanął na kretowisku, które nagle okazało się wulkanem. I chciał zapytać, czyjemu małżeństwu ma zawdzięczać awans.
