
Ale powiedział tylko:
— Tak. Dziękuję ci. Lepiej już pójdę. Za jakiś czas napiszę do ciebie list.
— Na pewno znajdzie się jakiś przejezdny, który potrafi go nam przeczytać — odparł Lezek. — Do widzenia, Mort.
Głośno wytarł nos.
— Do widzenia, tato. Kiedyś was odwiedzę.
Śmierć chrząknął dyskretnie, chociaż zabrzmiało to jak trzask pękającej belki.
POWINNIŚMY JUŻ RUSZAĆ, oświadczył. WSKAKUJ, MORT.
A kiedy chłopiec wspinał się na inkrustowane srebrem siodło, Śmierć pochylił się i uścisnął Lezekowi rękę.
DZIĘKUJĘ, powiedział.
— W głębi serca to dobry chłopak — zapewnił Lezek. — Trochę się zamyśla, to wszystko. Ale przecież wszyscy byliśmy kiedyś młodzi.
Śmierć rozważył to dokładnie.
NIE, stwierdził. NIE WYDAJE MI SIĘ.
Chwycił wodze i skierował konia ku krawędziowej drodze. Ze swego miejsca za czarno odzianą postacią Mort rozpaczliwie machał ojcu ręką.
Lezek także pomachał mu na pożegnanie. A gdy koń i dwójka jeźdźców zniknęli z pola widzenia, opuścił rękę i przyjrzał się jej uważnie. Ten uścisk… wydał mu się dziwny. Ale nie mógł sobie uzmysłowić dlaczego.
* * *
Mort wsłuchiwał się w stukot kopyt na kamieniach. Potem, kiedy dotarli na trakt, podkowy uderzyły miękko o ubitą ziemię, a jeszcze później całkiem ucichły. Spojrzał w dół i zobaczył, że rozpościera się pod nimi nocny pejzaż zalany księżycowym blaskiem. Gdyby spadł z siodła, uderzyłby tylko o powietrze.
Mocniej chwycił się siodła. JESTEŚ GŁODNY, CHŁOPCZE? zapytał Śmierć. — Tak, proszę pana. — Słowa wybiegły prosto z Mortowego żołądka, bez pośrednictwa mózgu.
Śmierć skinął głową i ściągnął wodze. Koń zatrzymał się w powietrzu. W dole migotała kolista panorama Dysku. Tu i tam pomarańczowo lśniło miasto, w ciepłych morzach wokół krawędzi widać było sugestię fosforescencji. Uwięzione w głębokich dolinach światło dnia Dysku, nieco ciężkie i powolne
