– Oby Święte Słońce nie opuszczało Rama i Indry! – mruknął Faron.

– Oby – kiwnął głową Kiro. – Ale my nie możemy tu zostać.

– Masz rację. Opuścimy teraz to miejsce. Podzielimy się na gondole, a potem znów skontaktujemy się z Ramem i Indrą, i jeśli to będzie możliwe, również z Markiem. Musimy działać, trudno, najwyżej mu przeszkodzimy, jemu i Dolgowi. Najważniejsze, byśmy odnaleźli tę dwójkę zaginionych.

Twarz miał napiętą i pobladłą ze strachu.


Nastała już noc, kiedy Talorninowi wróciła wreszcie przytomność.

Dookoła niego było tak pusto i cicho. Wiał lekki chłodny wiatr, a podłoże, na którym leżał, nagle okazało się nierówne i twarde.

Otworzył oczy.

Wokół panowała też ciemność. Gdzieś z bliska dochodził szum lasu. Z wolna wracała mu pamięć.

To musiał być zły sen, prawdziwy koszmar, pomyślał, cały drżąc.

– Lenore?

Nikt nie odpowiedział.

Jeszcze raz zawołał ją po imieniu, echo odbiło się od wysokich skalnych ścian.

Gdzie ja jestem? zastanawiał się. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam – ale to oczywiście fragment tego koszmaru – to to, że krążyłem po jakiejś strasznej zaklętej twierdzy, wypiłem zawartość amfory…

Wciąż czuł w ustach gorzki, zgniły smak stojącej bagiennej wody i skrzywił się z obrzydzeniem. Cmoknął językiem, by się go pozbyć.

A potem znalazłem olbrzymi skarb.

Nie, na razie to wszystko jest rzeczywistością, dopiero od tego momentu zaczął się koszmar.

Bo skarb rozpłynął mi się w palcach.

A potem… potem znalazłem lustro.

Na wspomnienie ohydnej postaci, która ukazała się w zwierciadle, ogarnęły go mdłości.

Dobrze, że to był tylko zły sen!

Postanowił, że musi z powrotem wejść do twierdzy i odnaleźć skarb. To przecież bezcenne bogactwa.

Talornin podniósł się w ciemności.

To straszne, jak trudno mu iść. No a twierdza? Gdzie ona jest?

Powinna być tutaj, bo właśnie tu wysoka skała rysowała się czernią na tle rozgwieżdżonego nieba.



10 из 162