
– Ona o tym dobrze wie.
Sardor poczuł się spokojniejszy. Sol tymczasem spróbowała innych sztuczek.
Teraz spomiędzy szczelin w kamiennych blokach na ziemi wypełzły całe gromady skorków.
– Za to, że zapaskudziłaś nam ściany obrzydliwymi słowami! – mruknęła.
Ach, jakże Lenore krzyczała! Jej przerażone wrzaski dotarły chyba aż do Pragi.
Strącała i uderzała insekty pełznące po jej nogach, błagając Sol, by przestała.
– W porządku – oświadczyła czarownica. – Jeśli obiecasz, że oddasz ampułkę z wirusem Laurentiusa.
– Przecież ja jej nie mam! – zawołała Lenore. – Zabierz je ode mnie, one wpełzają mi do uszu, są wszędzie!
– To przyjemne, prawda? Gdzie wobec tego znajduje się ampułka?
– Ja tego nie wiem, przecież mówię!
– A gdzie są Móri i Berengaria?
– W tym samym miejscu! – zawyła Lenore.
– W tym miejscu, którego nie znasz? O, nie, stać cię na więcej!
Kolejny rój wstrętnych stworzeń z wyraźnie zaznaczonymi szczypcami na odwłoku zaczął wić się wokół pięknej złej kobiety.
– Sol! – ostrzegawczo krzyknął Faron. Obcy zorientował się bowiem, że Lenore jest w szoku i wkrótce może nastąpić u niej całkowite załamanie.
– Dobrze, Faronie – zgodziła się Sol i obrzydliwe robactwo od razu zniknęło.
Lenore, usłyszawszy imię Farona, odwróciła się zaraz w jego stronę. Pomimo histerii, w jaką wpadła, zdążyła jeszcze zauważyć, że Faron jest nadzwyczaj przystojnym mężczyzną o, łagodnie mówiąc, niezwykle egzotycznym wyglądzie. Oto łakomy kąsek do zdobycia! Nieodparty urok Lenore bez wątpienia skutecznie zadziała.
– Pomóż mi! – poprosiła najbardziej kokieteryjnym tonem i spróbowała podbiec w kierunku mężczyzn, rękami wciąż odganiając ewentualne zapomniane owady. – Przecież ta kobieta oszalała!
Daleko jednak zajść nie zdążyła. Lenore nie uczestniczyła w wyprawie w Góry Czarne, Sol natomiast tam była i, niewiele się namyślając, wyczarowała potworne czarne ptaki, które z wysoka znurkowały teraz ku Lenore, chwytając ją za ramiona. Inne, trzepocząc skrzydłami, zagrodziły jej drogę ku mężczyznom.
