* * *

W Ankh-Morpork nie padał deszcz. Impa bardzo to zaskoczyło.

Zaskoczyło go również, jak szybko skończyły się pieniądze. Jak dotąd stracił trzy dolary i dwadzieścia siedem pensów.

Stracił, ponieważ wrzucił je do miski, jaką ustawił przed sobą, kiedy grał — tak jak myśliwy wystawia wabiki, żeby ściągnąć kaczki. Kiedy spojrzał po chwili, już ich nie było.

Ludzie przybywali do Ankh-Morpork, by zdobyć fortunę. Niestety, inni ludzie też chcieli ją zdobyć.

W dodatku tutejsi mieszkańcy nie chcieli chyba słuchać bardów, nawet takich, którzy zdobyli nagrodę jemioły i harfę stulecia na wielkim Eisteddfod w Llamedos.

Imp znalazł sobie miejsce na jednym z głównych placów, nastroił harfę i zagrał. Nikt nie zwracał na niego uwagi, najwyżej po to, żeby odepchnąć go z drogi albo też — najwyraźniej — żeby okraść jego miskę. W końcu, kiedy właśnie zaczął wątpić, czy przybywając tutaj, podjął słuszną decyzję, nadeszło dwóch strażników. Przez chwilę przyglądali się Impowi.

— To jest harfa. To coś, na czym on gra, Nobby — stwierdził jeden z nich.

— Cymbał.

— Nie, przecież cymbał… — Gruby strażnik spojrzał gniewnie. — Całe życie czekałeś, żeby mnie tak nazwać, co, Nobby? Założę się, że urodziłeś się z nadzieją, że ktoś powie co”ś o instrumentach, a ty nazwiesz go cymbałem i będziesz udawał, że to tylko dyskusja! Wstydź się!

Imp przestał grać. W tych okolicznościach było to niemożliwe.

— To harfa, naturalllnie — zapewnił. — Wygrałem ją…

— A, jesteś z Llamedos, co? — domyślił się gruby strażnik. — Poznałem po akcencie. Bardzo muzykalni ludzie żyją w tym Llamedos.

— Dla mnie brzmi to jak bulgot ze żwirem — odparł chudszy, identyfikowany jako Nobby. — Masz licencję, kolego?



16 из 295