
Ale to dziecko po prostu siedziało nieruchomo. Właśnie tą jej… grzecznością śmiertelnie przeraziła się panna Butts. Nie była złą kobietą, choć przez całe życie stopniowo wysuszaną nad piecem edukacji; była jednak osobą odpowiedzialną i przestrzegającą tego, co właściwe. Sądziła, że wie, jak powinna przebiegać taka rozmowa, więc niejasno ją irytowało, że nie przebiega.
— Hm… Gdybyś chciała zostać sama i popłakać… — podpowiedziała, starając się pchnąć tę kwestię na właściwe tory.
— Czy to pomoże? — spytała Susan.
Na pewno mnie by pomogło, pomyślała panna Butts… W tej sytuacji wykrztusiła tylko:
— Zastanawiam się, czy aby na pewno dokładnie zrozumiałaś, co powiedziałam.
Dziecko spojrzało na sufit, jakby rozwiązywało trudny problem algebraiczny.
— Spodziewam się, że zrozumiem.
Jakby już wcześniej wiedziała i jakoś zdążyła się z tym pogodzić. Panna Butts poprosiła nauczycielki, żeby uważnie obserwowały Susan. Oświadczyły, że będzie to trudne, ponieważ…
A teraz ktoś delikatnie zastukał w drzwi gabinetu — jak gdyby tak naprawdę wolał pozostać niedosłyszany. Panna Butts powróciła do chwili obecnej.
— Proszę wejść. Drzwi się otworzyły.
Susan nigdy nie robiła najmniejszego hałasu. Nauczycielki wspominały o tym. To niesamowite, mówiły. Zawsze znajdowała się przed człowiekiem, kiedy najmniej się tego spodziewał.
— Ach, to ty, Susan. — Wymuszony uśmieszek przemknął po twarzy panny Butts niby nerwowy tik po tarczy zmartwionego, popsutego zegara. — Usiądź, proszę.
— Oczywiście, panno Butts. Panna Butts przerzuciła papiery.
— Susan…
— Tak, panno Butts?
— Przykro mi to mówić, ale zdaje się, że znów byłaś nieobecna na lekcjach.
— Nie rozumiem, panno Butts.
Dyrektorka pochyliła głowę. Budziło to w niej niejasną irytację na samą siebie, ale… było w tym dziecku coś, co nie dawało się kochać. Naukowo doskonała z przedmiotów, które lubiła, trzeba przyznać… ale na tym koniec. Była doskonała tak, jak diament jest doskonały: same ostre krawędzie i chłód.
