— Tak, tak — potwierdził Vimes.

— A o dziesiątej ma pan zajrzeć do heroldów. Jaśnie pani wyraźnie to przypomniała. Dokładniej, proszę pana, użyła sformułowania „Powiedz mu, żeby nie próbował znowu się wykręcać”.

— Dobrze, dobrze…

— Jaśnie pani także bardzo prosiła, proszę pana, żeby spróbował pan nikogo nie zirytować.

— Przekaż jej, że spróbuję.

— A pańska lektyka czeka przed drzwiami, proszę pana.

Vimes westchnął.

— Dziękuję. W ogrodowej sadzawce siedzi człowiek. Wyłów go i poczęstuj herbatą. Wydaje się, że to obiecujący młodzieniec.

— Oczywiście, proszę pana.

Lektyka… No tak, lektyka. Prezent ślubny od Patrycjusza. Vetinari wiedział przecież, że Vimes kocha chodzić po ulicach miasta. Jakie to dla niego typowe, że dał w prezencie coś, co na chodzenie nie pozwala.

Czekała przed wyjściem. Obaj nosiciele wyprostowali się na jego widok.

Sir Samuel Vimes, komendant Straży Miejskiej, znów się zbuntował. Może naprawdę musi korzystać z tego draństwa, ale…

Spojrzał na przedniego nosiciela i kciukiem wskazał mu drzwiczki lektyki.

— Wsiadaj — polecił.

— Ależ proszę pana…

— Mamy pogodny ranek. — Vimes zdjął płaszcz. — Sam będę prowadził.


Najdrośsi mamo i tato…


Kapitan Marchewa ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork miał dziś dzień wolny. Spędzał go rutynowo. Najpierw jadł śniadanie w jakimś dogodnym barze. Potem pisał list do domu. Listy do domu zawsze sprawiały mu trochę problemów. Listy od rodziców zawsze były ciekawe, pełne statystyk wydobycia i ekscytujących informacji o nowych sztolniach i obiecujących żyłach minerałów. On za to musiał im pisać o morderstwach i innych podobnych sprawach.

Przez chwilę gryzł koniec ołówka.


Miniony tydzień znowu był ciekawy [napisał].



10 из 291