— Co? Jak pospolici mordercy?

Vimes pokiwał głową. Skrytobójcy mieli swój honor, choć czarny i wypaczony.

— Ile byłem wart?

— Dwadzieścia tysięcy, proszę pana.

— Powinno być więcej.

— Zgadzam się.

Jeśli skrytobójca zdoła powrócić do gildii, będzie więcej, pomyślał Vimes. Własne życie cenią bowiem całkiem wysoko.

— Zastanówmy się. — Vimes obejrzał koniec cygara. — Gildia bierze pięćdziesiąt procent. Zostaje dziesięć tysięcy.

Skrytobójca przez chwilę rozważał jego słowa, potem sięgnął do pasa i niezbyt zgrabnie cisnął w stronę Vimesa sakiewkę. Vimes chwycił ją, po czym sięgnął po kuszę.

— Wydaje mi się — stwierdził — że gdyby człowiek miał teraz spaść między smoki, zdołałby pewnie dotrzeć do drzwi z powierzchownymi tylko oparzeniami. Gdyby był szybki. Jesteś szybki?

Nie doczekał się odpowiedzi.

— Oczywiście, musiałby nie mieć innego wyjścia — ciągnął komendant. Umocował kuszę na stole do karmienia i wyciągnął z kieszeni sznurek. Jeden koniec przywiązał do gwoździa, drugi do cięciwy. Potem odsunął się i zwolnił spust.

Cięciwa drgnęła lekko.

Skrytobójca, wisząc głową w dół, wstrzymał oddech.

Vimes zaciągnął się kilka razy cygarem, aż jego koniec stał się prawdziwym piekłem. Wyjął je z ust i oparł o sznurek, tak że musiało się wypalić jeszcze tylko o ułamek cala dalej, by sznurek się zatlił.

— Drzwi zostawiam otwarte — oznajmił. — Nigdy nie byłem człowiekiem nierozsądnym. Z zaciekawieniem będę obserwował twoją karierę.

Rzucił smokom resztę węgla i wyszedł.

Zapowiadał się kolejny, pełen wydarzeń dzień w Ankh-Morpork. A przecież dopiero się zaczął.

Kiedy Vimes dotarł do domu, usłyszał świst, stuk i tupot kogoś biegnącego bardzo szybko w stronę dekoracyjnego stawu. Uśmiechnął się.

Willikins czekał już z jego płaszczem.

— Proszę pamiętać, że o jedenastej ma pan spotkanie z jego lordowską mością, sir Samuelu.



9 из 291