
Czekając, aż w myślach uformuje się nowe zdanie, Marchewa wziął z talerza kiełbaskę i opuścił ją poniżej kolan.
Znowu coś mlasnęło.
Kelner zakrzątnął się przy nim.
— Może jeszcze dokładkę, panie Marchewa? Na koszt firmy.
Każda restauracja i jadłodajnia w Ankh-Morpork proponowała Marchewie darmowe posiłki, z pełną satysfakcji świadomością, że zawsze będzie nalegał, by zapłacić.
— Nie, doprawdy… Było bardzo dobre. Tutaj proszę… dwadzieścia pensów i reszty nie trzeba.
— A jak tam ta młoda dama? Nie widziałem jej dzisiaj.
— Angua? Och, jest… kręci się tu i tam, wie pan. Na pewno jej powtórzę, że pan o nią pytał.
Krasnolud z zadowoleniem pokiwał głową i odszedł.
Marchewa starannie dopisał jeszcze kilka linijek, po czym zapytał bardzo cicho:
— Czy ten wózek z koniem wciąż stoi przed piekarnią Staloskórki?
Coś pod stołem zaskomlało.
— Naprawdę? To dziwne. Wszystkie dostawy skończyły się już przed godziną, a mąkę i żwir przywożą dopiero po południu. Woźnica siedzi na koźle?
Ciche szczeknięcie.
— I koń jest trochę za dobry jak na wózek dostawczy. No i wiesz, normalnie woźnica chyba założyłby mu worek z obrokiem. Poza tym mamy ostatni czwartek miesiąca, czyli u Staloskórki dzień wypłat. — Marchewa odłożył ołówek i grzecznie pomachał ręką, by zwrócić uwagę kelnera. — Można prosić o kubek kawy żołędnej, panie Świdro? Na wynos.
W Muzeum Chleba Krasnoludów w Zaułku Bąkowym pan Hopkinson, kustosz, był nieco podekscytowany. Pomijając wszelkie inne względy, właśnie został zamordowany. W tej chwili jednak uważał to jedynie za irytujący i niezbyt istotny szczegół.
Został zatłuczony na śmierć bochenkiem chleba. Jest to wydarzenie rzadkie, nawet w najgorszych ludzkich piekarniach, jednakże chleb krasnoludów ma niezwykłe właściwości jako broń zaczepna. Krasnoludy uważają piekarstwo za element sztuki wojennej. Kiedy wypiekają kamienne ciasteczka, nie jest to metafora.
