
— Popatrz tylko na to wgniecenie! — rzekł oburzony Hopkinson. — Całkiem zniszczył skórkę!
I PAŃSKĄ CZASZKĘ TAKŻE, zauważył Śmierć.
— No tak — zgodził się Hopkinson tonem człowieka, który uważa, że czaszki można dostać po tuzinie za pensa, ale dobrze wie, jaka jest wartość muzealna dobrego chleba. — Co jest złego w zwyczajnej pałce, pytam? Czy nawet młocie? Mógłbym mu dostarczyć takich narzędzi, gdyby tylko poprosił.
Śmierć, który z natury sam miał osobowość obsesyjną, zrozumiał, że stanął przed mistrzem. Zmarły pan Hopkinson mówił piskliwym głosem i nosił okulary na kawałku czarnej tasiemki — jego duch miał teraz na nosie ich widmowy odpowiednik — a te cechy zawsze oznaczają umysł nakazujący odkurzać dolne powierzchnie mebli i układać spinacze według rozmiarów.
— To naprawdę fatalnie — stwierdził. — W dodatku bardzo niewdzięcznie się zachował, biorąc pod uwagę, że udzieliłem im pomocy z piekarnikiem. Naprawdę uważam, że powinienem złożyć skargę.
PANIE HOPKINSON, CZY W PEŁNI ZDAJE PAN SOBIE SPRAWĘ Z FAKTU, ŻE JEST PAN MARTWY?
— Martwy? — pisnął kustosz. — O nie, w żaden sposób nie mogę być martwy. Nie w tej chwili. To bardzo nieodpowiedni moment. Nie skatalogowałem nawet bułeczek szturmowych.
A JEDNAK.
— Nie, nie. Bardzo mi przykro, ale to niemożliwe. Musisz zaczekać. Nie mam czasu na tego rodzaju nonsensy.
Śmierć był zaskoczony. Większość osób, kiedy mijał wstępny szok, z pewną ulgą przyjmowała fakt własnego zgonu. Przestawało im ciążyć podświadome brzemię. Spadał kosmiczny but. Najgorsze już się stało i mogli — metaforycznie oczywiście — zacząć nowe życie. Bardzo nieliczni traktowali zdarzenie jak zwykłą niedogodność, która zostanie usunięta, jeśli tylko będą dostatecznie długo się skarżyć.
