Dłoń pana Hopkinsona przeniknęła przez blat stołu.

— Och!

WIDZI PAN?

— To bardzo niepożądane w tej chwili. Czy mógłbyś ustalić bardziej odpowiedni termin?

TYLKO PO KONSULTACJI Z PAŃSKIM MORDERCĄ.

— Mam wrażenie, że cała sprawa jest fatalnie zorganizowana. Chcę złożyć skargę. W końcu płacę podatki.

JESTEM ŚMIERCIĄ, NIE PODATKAMI. PRZYCHODZĘ TYLKO RAZ.

Cień pana Hopkinsona zaczął się rozwiewać.

— Chodzi mi o to, że zawsze starałem się planować wszystko z wyprzedzeniem, rozsądnie…

UWAŻAM, ŻE NAJLEPSZĄ METODĄ JEST PRZYJMOWANIE W ŻYCIU TEGO, CO SIĘ ZDARZY.

— Mam wrażenie, że to brak odpowiedzialności…

DLA MNIE ZAWSZE TO DZIAŁAŁO.

Lektyka zatrzymała się przed Pseudopolis Yard. Vimes zostawił nosicieli, żeby ją zaparkowali, a sam ruszył szybkim krokiem, wkładając po drodze płaszcz.

Pamiętał czasy — wydawało się, że to zaledwie wczoraj — kiedy komenda straży była prawie pusta. Stary sierżant Colon drzemał na krześle, a przy piecyku suszyło się pranie kaprala Nobbsa. A potem nagle wszystko się zmieniło…

Sierżant Colon czekał na niego z notesem.

— Mam tu meldunki z komisariatów, sir — oznajmił, biegnąc truchtem obok Vimesa.

— Coś szczególnego?

— Takie trochę dziwne zabójstwo, sir. W jednym z tych starych domów przy Bezprawnym Moście. Jakiś stary kapłan. Nie znam szczegółów. Patrol zawiadomił tylko, że trzeba się temu przyjrzeć.

— Kto go znalazł?

— Funkcjonariusz Wizytuj, sir.

— O bogowie…

— Tak jest, sir.

— Postaram się zajrzeć tam jeszcze przed południem. Coś jeszcze?

— Kapral Nobbs jest chory, sir.

— To wiem.

— To znaczy, zwolnił się z powodu choroby, sir.

— Tym razem nie z powodu pogrzebu babci?

— Nie, sir.

— Nawiasem mówiąc, ile ich już było w tym roku?



14 из 291