— Siedem, sir.

— Dziwna rodzina, ci Nobbsowie.

— Tak, sir.

— Fred, nie musisz ciągle zwracać się do mnie „sir”.

— Mamy gościa, sir. — Sierżant zerknął znacząco na ławę w głównej sali. — Przyszedł w sprawie posady dla alchemika.

Krasnolud uśmiechnął się nerwowo.

— Dobrze — rzucił Vimes. — Przyjmę go w swoim gabinecie. — Wyjął spod płaszcza sakiewkę skrytobójcy. — Wpłać to na Fundusz Wdów i Sierot, Fred, dobrze?

— Jasne. O… dobra robota, sir. Jeszcze parę takich wpłat, a będziemy mogli sobie pozwolić na nowe wdowy.

Sierżant Colon wrócił do swojego biurka, dyskretnie otworzył szufladę i wyjął książkę, którą właśnie czytał. Nazywała się „Chów zwierząt”. Tytuł trochę go zaniepokoił — nie rozumiał, po co chować zwierzęta, skoro potem i tak trzeba ich szukać w celu hodowania, ale w końcu słyszało się różne historie o dziwactwach mieszkańców wsi. Okazało się jednak, że książka mówi o tym, w jaki sposób bydło, świnie i owce powinny się krzyżować.

Teraz zastanawiał się, gdzie dostać książkę o tym, jak nauczyć je czytać.

Na górze Vimes pchnął ostrożnie drzwi swojego gabinetu. Gildia Skrytobójców grała według zasad, trzeba to draniom przyznać. Zabicie kogoś przypadkowego uznawane było za dowód fatalnych manier. Pomijając wszystko inne, nikt za to nie płacił. Dlatego pułapki w gabinecie nie wchodziły w rachubę, gdyż zbyt wiele osób codziennie wchodziło tam i wychodziło. Mimo to uznał, że ostrożność nigdy nie zawadzi. Doskonale sobie radził z pozyskiwaniem bogatych wrogów, których stać na wynajęcie skrytobójcy. Skrytobójcy wystarczy mieć szczęście tylko raz, ale Vimesowi musiało sprzyjać ciągle.

Wśliznął się do pokoju i wyjrzał przez okno. Lubił pracować przy otwartym, nawet w chłody. Lubił słuchać odgłosów miasta. Ale każdy, kto próbowałby wspiąć się do niego lub zsunąć z góry, trafiłby na rozmaite przeszkody w stylu luźnych dachówek, ruchomych uchwytów i zdradzieckich rynien. Dodatkowo Vimes kazał w dole zainstalować na murze kolczaste poręcze. Były ładne, ozdobne, ale przede wszystkim kolczaste.



15 из 291